23 lata czekał GKS Katowice na powrót do europejskich pucharów. Mecz z MSK w Żylinie rozpoczął świetnie, ale w dalszej jego fazie przegrał środek pola i w efekcie całe spotkanie 1:2. Na pewno jednak stać go na to, by w rewanżu u siebie prolongować międzynarodową przygodę.
– Dojechaliśmy do Europy. To jest rzecz bardzo wyjątkowa i bardzo się z tego cieszę – mówił przed meczem Rafał Górak, który równo 15 lat temu, 23 lipca 2011 roku, po raz pierwszy prowadził GKS z trenerskiej ławki. Katowiczanie przegrali wówczas pierwszoligowe starcie przy starej Bukowej z Bruk Bet Termaliką 0:1.
Kiedy GKS Katowice po raz ostatni grał w europejskich pucharach, wielu z dwóch tysięcy jego kibiców, którzy przyjechali do Żyliny, nie było jeszcze na świecie. 23 lata temu Katowiczanie żegnali się z piłkarską Europą w wyjątkowo wstydliwym stylu, odpadając po dwóch remisach z macedońską Cementarnicą Skopje, klubem, który dzisiaj już nie istnieje. Wiele nie brakło, a nie byłoby także GKS-u. W najtrudniejszym momencie uratowali go kibice. Dwa lata temu, po dziewiętnastu latach przerwy, wrócił jednak do Ekstraklasy, a w maju dość niespodziewanie zakończył sezon na piątym miejscu, co dało mu przepustkę do kwalifikacji Ligi Konferencji.
Przed wyjazdowym meczem ze zdobywcą Pucharu Słowacji dziennikarze, którzy przyjechali z Polski, najbardziej obawiali się pierwszych trzydziestu minut. Przypominali, że przed rokiem częstochowski Raków, grając na tym etapie rozgrywek wyjazdowy mecz z MSK, właśnie przez pierwsze pół godziny spotkania dał się rywalom bardzo mocno zdominować. Piłkarze GKS, najwyraźniej pomni tego faktu, nie czekali, co zrobi Żylina, tylko od początku mocno ją zaatakowali i gdy minęło raptem sześć minut objęli prowadzenie po świetnym dośrodkowaniu Bartosza Nowaka z rzutu rożnego na głowę Lukasa Klemenza.
Katowiczanie potrafili znakomicie ułożyć sobie mecz, ale nie potrafili tego niestety zdyskontować, co jest o tyle dziwne, że choć to Żylina regularnie gra w pucharach, to jednak opiera się na graczach bardzo młodych, gdy w Gieksie nie brakuje tych doświadczonych. Gospodarze z upływem czasu coraz wyraźniej wygrywali jednak środek pola. W szeregach Katowic wyraźnie rzucał się w oczy brak kontuzjowanych Mateusza Kowalczyka i Damiana Rasaka. Zastępujący ich Jesse Bosch i Sebastian Milewski nie dawali pożądanej jakości. Grających na dziesiątkach Bartosza Nowaka i Marcela Wędrychowskiego też pamiętamy z lepszej dyspozycji. Do tego osamotniony na szpicy Ilja Szkurin miał problemy z utrzymywaniem piłki.
Efektem dominacji w centralnych sektorach i indywidualnych błędów Katowiczan były okazje, do jakich zaczęli dochodzić podopieczni znanego z polskiej ligi Pavola Stano. Po pół godzinie doprowadzili oni do remisu, a tuż po przerwie wyszli na prowadzenie. Mecz zaczął przypominać lustrzane odbicie pojedynku Rakowa sprzed roku, zanosiło się na to, że gospodarze mogą poprawić wynik, na szczęście dokonane po godzinie przez Rafała Góraka trzy zmiany pozwoliły wrócić Gieksie do meczu. Na doprowadzenie do remisu jednak nie wystarczyły, bo po prawdzie GKS nie stworzył zbyt dogodnej okazji. U siebie będzie musiał zagrać znacznie lepiej, jeśli myśli o awansie, ale na pocieszenie dla kibiców z pewnością go na to stać.
UEFA potwierdza. Dwa polskie kluby pewne gry w fazie ligowej europejskich pucharów w kolejnym sezonie!
UEFA zatwierdziła kalendarz rozgrywek klubowych na sezon 2027-28. Polska po raz pierwszy już przed startem sezonu ma zagwarantowany udział dwóch drużyn w fazie ligowej europejskich rozgrywek.
Medaliki za burtą, co dalej z Kroczkiem? [KOMENTARZ]
Przez ponad 210 minut dwumeczu z Hajdukiem Raków nawet przez chwilę nie był na prowadzeniu. Trudno więc mieć wątpliwości, stawiając pytanie, czy z Europą pożegnał się zasłużenie.