Pasują do towarzystwa, czyli jak to się robi w Cracovii?
Najpierw był szalony awans wywalczony w ostatniej kolejce, później zamiar podbicia ekstraklasy pierwszoligowym składem, no i oczywiście słynna kampania reklamowa: Wracamy na salony. Jednych spot śmieszył, innych intrygował. Na pewno jednak rewolwerowcy w Pasach, wyrzuceni z elity, rzeczywiście w końcu do niej wrócili i narobili niezłego zamieszania w spokojnym ligowym miasteczku.
ZBIGNIEW MUCHA
Sam pomysł z reklamowym filmem był fajny, z tym że szybko pojawili się złośliwcy radzący marketingowcom z ulicy Kałuży zacząć pracę nad nową kampanią reklamującą rychły kolejny spadek z elity i ewentualny powrót. Bo teoretycznie wszystko w tym klubie poukładane jest jak należy, z tym że jeśli się dobrze rozpytać w środowisku, to piłkarze niezbyt chętnie idą grać do Cracovii. O tyle to dziwne, że klub ma stabilną sytuację finansową dzięki poważnemu i zakochanemu od lat w sporcie (bo i hokeju) właścicielowi. Profesor Janusz Filipiak, należący do szerokiego grona najbogatszych Polaków, poprzez swoją firmę Comarch SA jest posiadaczem 62,16 procent klubowych akcji.
Bez kominów
Ale Cracovia ma również swoją historię, w ostatnich latach niezbyt wesołą. Ciągła walka o utrzymanie, w końcu zasłużony spadek i niepewność dalszych losów, a do tego bardzo wymagający kibice. Awans wywalczony rzutem na taśmę nie wyzwolił wcale we właścicielu bojowych nastrojów. Trener Wojciech Stawowy musiał oprzeć się zatem na zawodnikach, z którymi przeszedł szlak bojowy z pierwszej ligi, bo transfery Bartosza Żurka, Tomasza Wełny, Marcina Kusia czy Marka Wasiluka trudno było nazwać rewolucyjnymi zmianami. Nawet angaż Dawida Nowaka postrzegano jako rozpaczliwy ruch kogoś na gwałt szukającego napastnika. Jakiegokolwiek. W dodatku wszystko to były transakcje praktycznie bezgotówkowe, a zapłacono jedynie 400 tysięcy złotych za wykupienie na własność Damiana Dąbrowskiego, który przez rok był tylko wypożyczony z Zagłębia Lubin.
Prezes Filipiak płaci terminowo, ale… rozsądnie. Przed spadkiem z ligi zdarzały się wynaturzenia i na przykład Arkadiusz Radomski zarabiał 80 tysięcy złotych miesięcznie. Dziś tyle wynosi połowa budżetu płacowego pierwszej drużyny. Miesięczne uposażenia w zasadzie nie przekraczają 20 tysięcy złotych. Utalentowana młodzież, jak Sebastian Steblecki czy Krzysztof Danielewicz, mogą ponoć liczyć na połowę tej kwoty. Resztę muszą sobie wykopać. Mimo tych oszczędności właśnie teraz zespół, jak na ironię, odpalił. Wygrywa, niezależnie od tego, czy staje w szranki na wyjeździe, czy u siebie. Czy gra przy pełnych trybunach, czy przy pustych krzesełkach. I zawsze to się dobrze ogląda.
(…)
Cały artykuł w najnowszym wydaniu tygodnika Piłka Nożna! Już w kioskach!
Motor Lublin może pogłębić kryzys Śląska Wrocław. Ma patent na pokonywanie go
Sobotnie zmagania na boiskach PKO Bank Polski Ekstraklasy otworzy mecz Motoru Lublin ze Śląskiem Wrocław. Gospodarzom dobrze kojarzą się tego typu okazje.