Przejdź do treści
Nowy Jork wczoraj. Kosmiczna odyseja

Ligi w Europie Świat

Nowy Jork wczoraj. Kosmiczna odyseja

O tym klubie kręcono filmy, zawodnicy byli celebrytami w kraju, który nie znał piłki nożnej, a koszulki projektował Ralph Lauren. Ten klub żył krótko, ale intensywnie, a po latach wszystko, co związane ze starym Cosmosem, stało się kultowe. Bez wizjonerskiego dzieła kilku ludzi, być może do dziś soccer w Ameryce byłby dyscypliną egzotyczną.

ZBIGNIEW MUCHA


Clive Toye w 2003 roku został włączony do National Soccer Hall of Fame w Stanach Zjednoczonych. W uznaniu zasług, jakie poniósł na rzecz rozwoju dyscypliny. Ten urodzony w Anglii były dziennikarz, szef sportu w „Daily Express” przybył do Ameryki w 1967 roku jako 35-latek i najpierw objął funkcję menedżera generalnego w Baltimore Bays. 

W 1969 roku North American Soccer League – pierwsza zawodowa piłkarska liga w Stanach Zjednoczonych, była już właściwie martwa i to po zaledwie roku istnienia. Ludzie kochali koszykówkę, futbol amerykański, baseball, względnie hokej, ale nie soccer. Próba „otumanienia” ich serc i umysłów spełzła na niczym. To wtedy, wraz z komisarzem ligi Philem Woosnamem, Toye wpadł na – wydawało się – szaleńczy pomysł uzdrowienia trupa. 

– Liga praktycznie nie żyła – wspominał w „The Guardian”. – Razem z Philem staraliśmy się utrzymać ją przy życiu i sprawić, by się rozwijała. Uznaliśmy, że potrzebne są dwie rzeczy: Puchar Świata i… Pele. 

Jak porwać Króla?

Stany Zjednoczone organizację mundialu otrzymały dopiero w 1994 roku, więc wizjonerski pomysł z zaproszeniem Pelego do ligi ćwierć wieku wcześniej wydawał się oderwany od rzeczywistości. Król futbolu miał dopiero 29 lat i szykował się do zdobycia swojego trzeciego mistrzostwa świata. Pomysł jednak zakiełkował, rósł i nie dawał się wyplenić.

– Powiedz im, że zwariowali. Nie zagram nigdzie poza Santosem – odparł Pele, słysząc od doradcy, profesora Julio Mazzei, o propozycji Amerykanów. Takich rzeczy nie mówi się jednak właśnie Amerykanom, bo dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. A tym bardziej nie mówi się Clive’owi Toye owi, który już zaczął działać.

Po pierwsze, najpierw założono klub godny przyszłej gwiazdy. Klub, którego generalnym dyrektorem został Toye, ale właścicielami było dwóch braci, Amerykanów tureckiego pochodzenia – Ahmet i Nesuhi Ertegun. Pierwszy to współzałożyciel wytwórni fonograficznej Atlantic Records. Znakomicie usytuowany w świecie biznesu nie miał problemów z nakłonieniem Steve’a Rossa, prezesa Warner Communications należącej do koncernu Warner Bros., do zainwestowania w nowy projekt. A to już byli bardzo poważni gracze z jeszcze poważniejszymi pieniędzmi i otwartymi głowami. Był rok 1971. Klub zgłoszono do rozgrywek podupadającej na zdrowiu coraz bardziej NASL, a pierwszym zakontraktowanym piłkarzem był Anglik Gordon Bradley, który został grającym trenerem. Potrzeba było jeszcze zastrzyku z adrenaliną.

Akurat na towarzyski mecz na Yankee Stadium w nowojorskim Bronksie przyjechał wielki Santos. To była świetna okazja dla Toye’a (nawiasem mówiąc pomysłodawcy nazwy klubu; Anglik w zamyśle postanowił „przebić” baseballowy New York Mets zwany Metropolitami, więc wymyślił Cosmopolitów, upraszczając w końcu nazewnictwo do samego Cosmosu), by zrobić drugie podejście do dzieła życia. Swój plan ogłosił przy pomocy stadionowych głośników, po czym wręczył białą koszulkę z numerem 10 Pelemu, wyrażając nadzieję, że kiedyś król w niej zagra. Wszystko było przemyślane. Trykot był biały, jako kolor Santosu. Klubowe logo Cosmosu kolorami miało Pelemu kojarzyć się z Brazylią. Przekazana zapewne szeptem wysokość przyszłej pensji – wyłącznie z dobrobytem. Ale wciąż jeszcze było za wcześnie na tak odważną akcję. Potrzeba było kilku lat, by mogło dojść do formalnych negocjacji. 

Cosmos natomiast i bez Pelego rósł w siłę. W drugim roku istnienia zdobył mistrzostwo NASL, wykreował rodzimą gwiazdę rodem z Bermudów, rosłego Randy’ego Hortona. Kiedy jednak przyszły chudsze lata 1973-74, właściciele zintensyfikowali działania mające na celu sprowadzenie najlepszego, choć już praktycznie emerytowanego, piłkarza w historii całej dyscypliny. 

Tysiące kilometrów w powietrzu, godziny spotkań, mnóstwo kolacji, zapisanych papierków, prawniczych konsultacji. W ciągu 76 dni negocjacji kontrakt podpisywany był właściwie trzy razy. Brazylijczyk musiał przekonać się nie tylko do przelewu na 7 milionów dolarów (o takiej kwocie donosił w notce na pierwszej stronie „The New York Times” z 4 czerwca 1975 roku; tuż obok zdjęcia z audiencji prezydenta Geralda Forda u papieża Pawła VI, lecz de facto w grę wchodziła nieco mniejsza kwota, opiewająca na 4,7 mln za trzyletnią umowę), ale i do misji. On, Bóg futbolu, miał zstąpić na pogańską ziemię i zaprowadzić tam swoje królestwo. Kiedy panowie – Toye, Pele, Mazzei – spotkali się w Brazylii, przybysz z północy mógł się przekonać, kim dla miejscowych jest Edson Arantes do Nascimento. Gość chciał płacić w restauracji, Pele go powstrzymał i sam podpisał gruby czek, wręczając kelnerowi. – No cóż, nigdy go nie zrealizują… – zakomunikował przyszłemu pracodawcy. 

Pierwszą parafkę na kontrakcie z Cosmosem Brazylijczyk złożył w marcu 1975 roku, w pokoju hotelowym w Brukseli przy okazji benefisu Paula Van Himsta. Nie było dokumentów, spisano wszystko na papeterii znalezionej w biurku hotelu GB Motor Inn. Rozmowy co chwila były przerywane, bo do pokoju wchodzili piłkarze, uczestnicy meczu gwiazd, by pożegnać się z Pelem, który spieszył na samolot – panował totalny chaos. Dwa tygodnie później w Rzymie, już w obecności prawników, ustalano szczegóły. Pele chciał dwuletniego kontraktu, Amerykanie – rok dłuższego, by gwiazdor mógł uświetnić jeszcze otwarcie Giants Stadium. Ostatecznie 3 czerwca, na Bermudach (tak, znany raj podatkowy…), podpisano w końcu właściwe dokumenty, a telegram do trzykrotnego mistrza świata wysłał sekretarz stanu Henry Kissinger.

Kaiser i jego idol

– I nagle byliśmy znanym klubem – wspomina Toye. Pięć dni później – jak relacjonuje „The Guardian” – Pele zagrał pierwszy mecz, z Dallas Tornado. Trawę spryskano na zielono, by lepiej prezentowała się w telewizji. Król strzelił wyrównującego gola na 2:2 i Cosmos został zdobyty. Mecz transmitowano do 22 krajów, więc świat zobaczył, że tworzy się coś niezwykłego. Namówić kolejnych śmiałków w podróż w nieznane nie było już trudno. Rok po słynnym Brazylijczyku do drużyny dołączył znakomity włoski napastnik Giorgio Chinaglia, po nim kumpel Pelego ze złotej drużyny kanarków z 1970, kapitan Carlos Alberto Torres i w końcu aktualny mistrz świata Franz Beckenbauer, który ledwie rok wcześniej zdobył z Bayernem Monachium Puchar Mistrzów.

– Miałem wszystko. Byłem kapitanem Bayernu i reprezentacji Niemiec. Kiedy pojawiła się oferta Cosmosu, powiedziałem: „Nie wiem…”. Ale Pele był moim idolem od 1958 roku, odkąd miałem 13 lat i oglądałem mundial w Szwecji. On miał wówczas 17 lat. Uwielbiam Pelego od 1958 roku do dziś. Wtedy powiedziałem sobie: „To byłaby dobra okazja, aby zagrać z najlepszym graczem wszech czasów.” 

To była też dobra okazja zarobić parę groszy. Kaiser za czteroletnią umowę otrzymał 2,8 miliona dolarów. Kontrakt podpisał jednak nie na Bermudach, ale w hotelu Plaza na Manhattanie. Gdy wylądował na lotnisku Kennedy’ego, powitała go klubowa delegacja na czele z trenerem, przedstawicielem drużyny i dyrektorem generalnym. Witali kolejną gwiazdę, w dodatku wcale niespecjalnie emerytowaną, skoro po tłustych latach spędzonych w Nowym Jorku wrócił jeszcze do Bundesligi, do Hamburger SV, gdzie zdążył zdobyć mistrzostwo Niemiec i cały czas, jako 35-letni już dżentelmen, należał z gażą niespełna pół miliona dolarów za sezon do trójki najlepiej opłacanych piłkarzy w Europie. 

Po nim do Nowego Jorku trafili następni – Roberto Rivelino, Johan Neeskens, Julio Cesar Romero. Klub dbał, by w każdym sezonie, w kadrze były przynajmniej dwie, trzy światowe gwiazdy. Czy można zatem się dziwić, że aż pięciokrotnie wygrywał mistrzostwo NASL? Żaden inny zespół tej ligi nawet nie zbliżył się do podobnych osiągnięć. Pierwszy tytuł w erze gwiazdorskiej przyszedł w 1977 roku. Był jednak możliwy dzięki temu, że Pelego w ataku wsparł Chinaglia, który zdecydował się opuścić swoje Lazio i zacząć podbój Ameryki w wieku zaledwie 29 lat. Wraz z nimi był już oczywiście Beckenbauer – mistrzostwo świętował także w 1978 i 1980 roku. Gazety pisały o Cosmosie, a ludzie czytali z równym zainteresowaniem, jak o baskecie czy baseballu. Beckenbauer powtarzał, że czuje się jak w Hollywood, wokół klubu kręcili się celebryci, przez pewien czas stroje Cosmosu projektował Ralph Lauren, a piłkarze „nocną” siedzibę mieli w Studio 54, najbardziej szpanerskim i ekskluzywnym klubie nocnym Manhattanu. To było zjawisko na skalę absolutnie światową! Klub jeździł zresztą po świecie niczym trupa objazdowa, wszędzie był niezwykłą atrakcją.

W 1982 CNY zdobył swój ostatni tytuł, mając w składzie Carlosa Alberto, Romero, Neeskensa, Chinaglię, Wima Rijsbergena, Roberto Cabanasa, Vladislava Bogicevicia, Ivana Buljana. W ciągu kilku lat trwania gwiazdorskiej epoki – i to też znak rosnącej popularności – przenosił się ze stadionu na stadion. Zaczynał na Yankee, szybko trafił na mały uniwersytecki Hofstra Stadium, potem na dość prowincjonalny Downing Stadium, ale w miarę rosnącego zainteresowania jego występami, wrócił na Yankee, by w 1977 przenieść się do East Rutherford w New Jersey na nowiutki Giants Stadium i wykreślić jednocześnie ze swojej nazwy, na pewien czas, geograficzne przypisanie do Nowego Jorku. W czasach największej świetności średnia frekwencja przekraczała 40 tysięcy, a mecz play-off z Tampa Bay zgromadził blisko 80 tysięcy widzów. Podobne tłumy żegnały 1 października 1977 roku tego, od którego wszystko właściwie się zaczęło. Pele rozstawał się z Cosmosem podczas towarzyskiego meczu z Santosem.

Dla klubu i ligi to był cios, którego konsekwencje miały nadejść wkrótce, niezależnie od kolejnych gwiazd i tytułów. Nagle telewizja ABC przestała być zainteresowana dalszym pokazywaniem rozgrywek, a ich finał z 1981 roku był… retransmitowany. Cosmos zaczął się chwiać, Warner Communications sprzedał kilka swoich aktywów, między innymi firmę Global Soccer. Tę ostatnią nabył Chinaglia. Włoch postanowił ratować klub, lecz nie mając zaplecza finansowego, nie był w stanie zatrudniać i opłacać gwiazd. W 1984 roku klub pierwszy raz od prawie dekady nie zakwalifikował się do fazy play-off. Za chwilę rozwiązano ligę, a Cosmos próbował sił jeszcze w hali. Nie budził emocji, nie był produktem klasy premium, nie dokończył nawet sezonu 1984-85. Drużyna została rozwiązana.

Nasi byli wszędzie

Ta historia byłaby niepełna bez Polaków. Latem 1978 roku Mirosław Hermaszewski jako pierwszy i jedyny Polak poleciał w kosmos. Przed nim jednak aż czterech Polaków – Konrad Kornek, Bronisław Sularz, Karol Kapciński, Dieter Zajdel – broniło barw Cosmosu. Dwaj ostatni mieli udział w pierwszym mistrzowskim tytule w 1972 roku, a Sularz w swoim ostatnim sezonie był klubowym kolegą Pelego. O nich jednak stosunkowo mało się pamięta, grali przecież w epoce przedgwiazdorskiej. 

W 1981 roku pierwszy raz stopę na amerykańskiej ziemi postawił Stanisław Terlecki. W Polsce odrzucony, po aferze na Okęciu został banitą, do reprezentacji już nigdy miał nie wrócić. Ktoś podsunął pomysł wyjazdu do Stanów. Nie miał nic do stracenia, pomagała mu wiara w Boga i swoje umiejętności techniczne. Chciał podbić Amerykę i w pewnym sensie to mu się udało. W Pittsburgh Spirit grał tak dobrze w hali, że w końcu sięgnął po niego Cosmos – też na początek z myślą o piłce halowej.

– To była piękna bajka – opowiadał na łamach „Super Expressu”. – Zacząłem w Pittsburghu, który rocznie płacił mi w sumie 200 tys. dolarów. Kolejny kontrakt podpisałem już z San Jose Earthquakes, gdzie zastąpiłem mojego wielkiego idola, George’a Besta. Właściciel tego klubu, multimilioner, zapłacił mi 100 tys. dolarów kontraktu, a resztę dołożył w nieruchomości. Zamieszkałem z rodziną w cudownym domu w słynnej Dolinie Krzemowej. Mieliśmy nie tylko basen, lecz nawet ogrodnika i człowieka opiekującego się basenem. Kiedy z żoną piliśmy kawę na tarasie, myślałem, że krążą wokół nas motyle. A to kolibry były. Dom był wart 700 tys. dolarów, ale właściciel klubu sprzedał mi go za 313 tys. dolarów. Po jednym z sezonów wybrano mnie do jedenastki ligi z Beckenbauerem, Cruyffem, Neeskensem, Gerdem Muellerem. A moje przejście do Cosmosu Nowy Jork też odbyło się z wielką pompą. Kontrakt podpisywałem w siedzibie Warner Bros., która zainwestowała w Cosmos. Najpierw podpisałem umowę, a potem miałem konferencję razem z Pele, bo właściciele klubu wpadli na pomysł, żeby 43-letni wtedy król futbolu znów w Cosmosie pograł. Ostatecznie do tego nie doszło, ale podróżował z nami po Stanach, był atrakcją…

Pierwszego dnia pobytu w Nowym Jorku Stan kupił sobie płytę zespołu Electric Light Orchestra i tak uzbrojony udał się podbijać nowe, nieznane terytorium. W odmianie indoor, w sezonie 1983-84, oczywiście błyszczał. Na trawie też nie przepadł. Zdążył spotkać w klubie Beckenbauera, który na stare lata jeszcze raz wrócił do Nowego Jorku. Cytat z autobiografii „Pele, Boniek i ja”: 

– Opowiedział mi o trzech stopniach futbolowego wtajemniczenia. Pierwszy – szybkie prowadzenie piłki bez patrzenia na nią. Biegniesz po murawie, obserwujesz, szukasz i wybierasz dla siebie wolne korytarze. A jak tylko spojrzysz na piłkę, to się wszystko na boisku zmienia i stąd biorą się straty piłki i niecelne podania – tłumaczył. Drugi stopień to bieg i podanie piłki partnerowi bez patrzenia. A trzeci – oddawanie strzału bez patrzenia na piłkę – mówił o dość oczywistych, choć nie zawsze docenianych piłkarskich prawdach.

Przeciw Pelemu Terlecki zagrał w meczu pokazowym na Giants Stadium – Nowy Cosmos pokonał 6:3 Stary Cosmos. W ten sposób udało mu się „dotknąć” mistrza. Mała rekompensata za rozminięcie się z Bestem… Nawiasem mówiąc, więcej szczęścia miał Franz Smuda, który z Irlandczykiem grał (albo parafrazując Lucjana Brychczego – był w drużynie) w Los Angeles Aztecs i ten – jak głosi anegdota – pozwolił mu ponoć dotknąć gwiazdorskiego biustu Bonnie Tyler, z którą Best miał wówczas romansować.

Dupą odwróceni 

Stan – mistrz kiwki dający radość trybunom – był niewątpliwie gwiazdką. W Stanach zyskał popularność i szacunek. Władysław Żmuda to jednak była zupełnie inna para kaloszy. W skali światowej – gigant, jeden z najbardziej cenionych stoperów. Za oceanem – anonim. Kiedy w 1984 roku przyleciał do Nowego Jorku, Terlecki miał już za sobą sezon halowy w barwach Cosmosu, znał wszystkie ścieżki w najbardziej ekscytującym mieście na świecie i szybko otoczył opieką również rodaka.

– Wiedziałem, że długo ta przygoda nie potrwa, Giorgio Chinaglia powiedział mi, że liga może splajtować, ale chciałem się sprawdzić, ponieważ byłem po dwóch ciężkich kontuzjach więzadeł krzyżowych – mówi nam Żmuda. – Kontrakt miałem tak skonstruowany, że mogłem latać do Europy nawet wówczas, kiedy reprezentacja Polski grała towarzysko. Zarobić też się dało przyzwoicie, przy okazji zdobyć trochę nowych doświadczeń. Rzuty karne wykonywało się w ten sposób, że prowadziło się piłkę i w określonym czasie trzeba było albo strzelić, albo minąć bramkarza. Chinaglia chciał dwóch zawodników z ligi włoskiej, za których nie musiał płacić, stąd pomysł wyjazdu za ocean. To już był schyłek Cosmosu. Z wielkich gwiazd zostali Jugosłowianin Bogicević, Paragwajczyk Cabanas i Holender Neeskens, dwukrotny wicemistrz świata, podpora wielkiego Ajaksu. Pamiętam towarzyskie mecze z Juventusem i Boca Juniors, kiedy na trybunach siadało po 50 tysięcy ludzi, mimo że Cosmos już nie był tak wielki, jak w czasach Pelego czy Beckenbauera. Pamiętam też minę Kazia Deyny, kiedy pojechaliśmy na mecz do San Diego. Jak mnie zobaczył, wielkie oczy zrobił i pyta: „To ty grasz w Ameryce?” Takie były czasy, taki obieg informacji… W Stanach spędziłem w sumie trzy miesiące, rozegrałem cztery mecze i wróciłem do Włoch, tyle że nie do Verony, lecz do Cremonese.

Chinaglia (183 gole w 213 występach w koszulce CNY, czterokrotny król strzelców NASL!) po odkupieniu 60 procent udziałów w klubie od Rossa, wprowadził włoskie rządy w Cosmosie. Trenerem był jego rodak Eddie Firmani. Razem z polskim stoperem przyleciał Oscar Damiani, właściwie Giuseppe Damiani, porządny napastnik, który we Włoszech strzelał gole między innymi dla Genoi, Juventusu, Napoli i Milanu. Co ciekawe, po zakończeniu kariery został znanym agentem piłkarskim, dbał o interesy choćby Szewczenki, Panucciego, Thurama, Costacurty, Signoriego. 

Żmuda dostał koszulkę z numerem 6. Przed nim ten trykot nosił Beckenbauer. – Na miejscu głównym moim pomagierem był Stasio – kontynuuje dwukrotny medalista MŚ. – Nie miałem willi z basenem, mieszkałem w hotelu w New Jersey, ale często nocowałem u Terleckich. Dzięki Staszkowi i jego znajomości języka zbliżyłem się z Neeskensem, który okazał się porządnym chłopem. Trzymałem się jednak przede wszystkim z Włochami, gościłem u Chinaglii w domu. Od razu wypalił do mnie: „Cholera, to przez ciebie musiałem uciekać z reprezentacji Italii, tak mnie pokopałeś na mundialu w Niemczech, że trener zdjął mnie wtedy po pierwszej połowie”. Sympatyczny facet. Pierwszy raz jednak spotkałem się z taką sytuacją, by w szatni zawodnicy okazywali sobie jawną niechęć. Cosmos, do którego trafiłem, był podzielony. Byli Amerykanie, byli Latynosi, byli Europejczycy, przy czym Jugole trzymali się oddzielnie. Jedynie chyba Neeskens był neutralny, chodził własnymi ścieżkami. Siedzieliśmy niby w jednej szatni, a jak się trzeba było przywitać, to się dupą do ciebie odwracali. 

H H H

Stary Cosmos ostatecznie upadł w 1985 roku. Reaktywowany w 2010, z Pelem jako honorowym prezesem, nie jest w stanie rozgłosem i skalą przedsięwzięcia nawiązać do legendy. Nowy klub w 2013 roku dołączył nawet do nazewniczo reaktywowanej NASL, czyli wszedł na drugi poziom rozgrywkowy w Stanach. I znów zaczął grać na maleńkim stadionie uniwersytetu Hofstra na Long Island. Dzięki pieniądzom Fly Emirates cztery lata temu udało się zakontraktować Raula Gonzaleza. Przyszły pierwsze małe sukcesy sportowe (pucharowe wygrane z klubami MLS), także marketingowe. W Wielkim Jabłku rządzą teraz niby inni, ale Cosmos żyje i nie daje o sobie zapomnieć.

Po 16 latach trwania, w 1984 roku, upadła też stara, dobra NASL, a okres, kiedy za oceanem nie było żadnych zorganizowanych rozgrywek trwał aż 12 lat. Niemniej idea zapoczątkowana przez pionierów przyniosła efekty. Stany Zjednoczone zorganizowały mundial, powstała MLS, miliony Amerykanów zaczęły kopać piłkę, jankesi stali się przewidywalną siłą w piłce nożnej, a jankeski wręcz potęgą. Bez tego pierwszego, odważnego lotu w piłkarski kosmos, nie byłoby pewnie nic. 



TEKST UKAZAŁ SIĘ W OSTATNIM (35/2019) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”


Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 12/2026

Nr 12/2026

Ligi w Europie Świat

Mauretania strzeliła bramkę mistrzom świata! Radość gości na La Bombonerze [WIDEO]

Argentyna pokonała w towarzyskim starcie reprezentację Mauretanii 2:1. Zobacz nagranie z honorowego trafienia gości, zdobytego w doliczonym czasie gry drugiej połowy!

January 29 2024: Idrissa Thiam (Mauritania) heads during a African Cup of Nations  Round of 16 game, Cape Verde vs Mauritania, at Stade Felix Houphouet-Boigny, Abidjan, Ivory Coast. Kim Price/CSM/Sipa USA (Credit Image: © Kim Price/Cal Sport Media/Sipa USA)
2024.01.29 Abidjan
pilka nozna , Puchar Narodow Afryki 2024
Republika Zielonego Przyladka - Mauretania
Foto Kim Price/Cal Sport Media/SIPA USA/PressFocus

!!! POLAND ONLY !!!
Czytaj więcej

Ligi w Europie Świat

Kosmiczny gol Wirtza! Szalony mecz Niemców [WIDEO]

Niemcy ograli Szwajcarię 4:3 w meczu towarzyskim. Dublet skompletował Florian Wirtz, który popisał się cudownym trafieniem.

Nick WOLTEMADE GER jubelt nach seinem Tor zum 01-, jubelnd, Jubel, Begeisterung, Freude, Emotion, mit Florian WIRTZ GER Luxemburg LUX - Deutschland GER 0-2 Fussball Laenderspiel, WM Qualifikation Europa Gruppe A, Spieltag 9, matchday9, am 14.1.2025, Stade de Luxembourg, Luxemburg,   *** Nick WOLTEMADE GER cheers after his goal to 01 , cheering, jubilation, enthusiasm, joy, emotion, with Florian WIRTZ GER Luxembourg LUX Germany GER 0 2 Soccer international, World Cup Qualification Europe Group A, Matchday 9, matchday9, on 14 1 2025, Stade de Luxembourg, Luxembourg,  
2025.11.14 Luksemburg
pilka nozna , eliminacje , kwalifikacje do mistrzostw swiata 2026
Luksemburg - Niemcy
Foto IMAGO/PressFocus

!!! POLAND ONLY !!!
Czytaj więcej

Bukmacherzy

USA sprawi niespodziankę? Belgia gra o przedłużenie świetnej serii!

Przed nami koleiny dzień międzynarodowych meczów towarzyskim. Hitem jest starcie USA z Belgią.

RECORD DATE NOT STATED IV CONCACAF NATIONS LEAGUE 2024-2025 United States vs Panama Mauricio Pochettino head coach of United States during the Semifinal match between United States and Panama as part Final Four of the Concacaf Nations League 2024-2025 at SoFi Stadium on March 20, 2025 in Inglewood, Los Angeles, California, United States. INGLEWOOD LOS ANGELES CALIFORNIA UNITED STATES PUBLICATIONxNOTxINxMEXxCHNxRUS Copyright: xJorgexMartinezx 20250320174958_CNL_2025_SF_USA_PAN_POCHETTINO90
2025.03.21 Los Angeles
pilka nozna , Liga Narodow CONCACAF
Stany Zjednoczone - Panama
Foto IMAGO/PressFocus

!!! POLAND ONLY !!!
Czytaj więcej

Ligi w Europie Świat

Remis w hicie. Anglicy dali się zaskoczyć [WIDEO]

Anglia zremisowała 1:1 z Uruguwajem. Gola ustalającego wynik meczu z rzutu karnego strzelił Fede Valverde w 94. minucie.

Thomas Tuchel head coach of Bayern Munchen during  the Champions League football match between SS Lazio and FC Bayern Munchen at Olimpico stadium in Rome (Italy), February 14th, 2024./Sipa USA *** No Sales in Italy ***
2024.02.14 Rzym
pilka nozna liga mistrzow
Lazio Rzym - Bayern Monachium
Foto Antonietta Baldassarre/Insidefoto/SIPA USA/PressFocus

!!! POLAND ONLY !!!
Czytaj więcej

Ligi w Europie Świat

Pokaz siły Hiszpanów. Piękny gol bohatera Euro [WIDEO]

Hiszpania ograła Serbię 3:0 w meczu towarzyskim. Pięknego gola zdobył Mikel Oyarzabal.

UEFA Nations League soccer match Spain vs Netherlands at Mestalla Stadium in Valencia, Spain 23 March 2025
Oyarzabal celebrates a  goal

(Photo by Cordon Press/Sipa USA)
2025.03.23 Walencja
pilka nozna Liga Narodow
Hiszpania - Holandia
Foto Cordon/SIPA USA/PressFocus

!!! POLAND ONLY !!!
Czytaj więcej