Najlepsze teksty w „PN” 2016. 90 minut z Janasem. Worki na kasę
20 lat temu polskie
zespoły po raz ostatni występowały w Champions League. Na początku 1996 roku
Legia Warszawa rozgrywała dwumecz w ćwierćfinale tych rozgrywek, a jesienią
Widzew Łódź awansował do fazy grupowej. Od tego czasu nasi mistrzowie okazywali
się zbyt słabi, aby przekroczyć bramy raju. Czy drużyna z Łazienkowskiej
przełamie teraz tę niemoc? Paweł Janas, który wprowadził stołeczny zespóŁ do
LM, wspomina historyczny start i ocenia drużynę Besnika Hasiego.
ROZMAWIAŁ ADAM
GODLEWSKI
Z każdym upływającym
rokiem mocniej docenia pan sukces w Lidze Mistrzów, którego nikt przez ponad
dwadzieścia lat nie powtórzył?
Trudno byłoby nie
doceniać. Zwłaszcza, kiedy siada się przed telewizorem, włącza rozgrywki
grupowe, i nie ma bodźca, żeby się specjalnie emocjonować. Pewnie, fajnie
grają, i to prawie wszyscy w Champions League, ale mecz zupełnie inaczej
smakuje, kiedy gra polski zespół – mówi Janas (na zdjęciu). – Dlatego cieszę
się, że w tym roku w najgorszym przypadku będziemy mogli emocjonować się Ligą
Europy. Choć szansa na awans Legii do Ligi Mistrzów jest niepowtarzalna.
Pański zespół nie od
razu awansował do Ligi Mistrzów, dopiero za drugim podejściem.
Wyciągnęliśmy wnioski
z nieudanej próby z Hajdukiem Split w 1994 roku, kiedy przekonaliśmy się, że
bez specjalnego przygotowania nie można nawet marzyć o Lidze Mistrzów. To były
zupełnie inne czasy w futbolu, zwłaszcza polskim, do 1995 roku
przygotowywaliśmy się wyłącznie w Polsce, rozgrywając sparingi tylko z
krajowymi przeciwnikami. Już po porażce z Chorwatami podjąłem decyzję, że jeśli
uda się ponownie wywalczyć tytuł, zrobię wszystko, żeby przed kolejnym
podejściem wyjechać na zagraniczne obozy i zakontraktować klasowych rywali.
Kiszenie się we własnym sosie nie miało sensu, piłkarze znali się na wylot,
wiedzieli o sobie wszystko nawzajem, począwszy od tego, w którą stronę lubią
kiwać. Wyjechaliśmy więc do Francji i Niemiec na łączone zgrupowanie,
poznaliśmy w grach kontrolnych inne style, i to później zaprocentowało. Plus
oczywiście fakt, że dokonaliśmy transferów, i do dyspozycji miałem szesnastu
naprawdę fajnych chłopaków w kadrze Legii.
A pod innymi
względami można porównywać ówczesny futbol do współczesnego?
Nie ma większego
sensu, dziś to jest zupełnie inna dyscyplina. O wiele szybsza i bardziej
dynamiczna, w której pokonuje się nieporównywalne dystanse w trakcie 90 minut.
Tyle że tak grali wtedy wszyscy w Europie, a nie tylko mistrz Polski. Przecież
nawet w grupie udowodniliśmy, że pod każdym względem pasowaliśmy do Champions
League. Innej niż dziś, mniejszej, złożonej z szesnastu autentycznych krajowych
mistrzów.
Na pewno pod każdym?
Ile osób liczył pański sztab?
Początkowo było nas
trzech. Pierwszy trener był od wszystkiego, czyli fizjologii, taktyki,
psychologii, a musiał jeszcze działać także jako kierownik zespołu. Nie było
specjalizacji, na szczęście na AWF uczono nas wszystkiego, przynajmniej po
trochu. Pomagali mi Mirek Jabłoński, który był asystentem i Lucjan Brychczy,
który miał angaż trenera… bramkarzy. Bo najczęściej to właśnie on strzelał im
na treningach. Takie były wtedy zajęcia bramkarskie, nie licząc oczywiście
treningów strzeleckich, w których uczestniczył cały zespół. Nieco później
dołączył do nas Maciej Skorża, który tworzył bank informacji. Był jeszcze
studentem, choć kończył już wtedy AWF, i mógł jeździć na obserwacje. Wysłałem
go również do Goeteborga. Po pierwsze – bo fajnie to robił. A po drugie – sam
nie mogłem polecieć do Szwecji, ponieważ terminy meczów ligowych pokrywały się.
Z organizacją
treningów, zwłaszcza zimą, też miał pan problemy.
Nawet duże. Z reguły
jeździliśmy do Obór pod Warszawą, pod las, gdzie ziemia prawie w ogóle nie
zamarzała. Zabierałem wtedy więcej ludzi z klubu na zajęcia niż było zawodników,
bo nie było łapaczy, więc ktoś musiał z pobliskiego pola przynosić wykopnięte
piłki. I to szybko, żeby ćwiczenia miały dynamikę.
W Hanowerze podczas
wspomnianego zgrupowania złapał pan młodego Cezarego Kucharskiego – do czego
sam się przyznał – na wnoszeniu wódeczki do hotelu. Ale nowy, młody wówczas
zawodnik nie został w żaden sposób ukarany. Takie były standardy?
Nie pamiętam
dokładnie akurat tej sytuacji, pamiętam za to wiele innych… baletów. Dziś
piłkarze mają inną mentalność i profesjonalne podejście do zawodu. Wtedy czasy
były zupełnie inne, zawodnicy nawet podczas zgrupowań szukali rozrywki, więc…
trzeba było chodzić i pilnować, żeby nie rozluźniali się za mocno. Już
wspomniałem, że wtedy, kiedy w kadrze było ich szesnastu – a nie tak jak dziś
dwudziestu pięciu – to i tak był już prawie luksus. Choć i tak, kiedy pojawiały
się kontuzje i kartki, trzeba było mocno główkować, jak pogodzić występy w
różnych rozgrywkach.
Czyli ze względu na
skąpe składy sankcje dyscyplinarne nie wchodziły w rachubę?
Wchodziły, jak
najbardziej, ale za co miałem karać młodego Kucharza, skoro wiedziałem, że on
do trunku, który przyniósł nawet by nie podszedł? A dla kogo przyniósł, nie
musiałem pytać, bo się domyślałem. Przegląd grupy bankietowej miałem dobry,
wiedziałem kto i kiedy baluje, i niektórzy musieli potem swoje odcierpieć na
ławce rezerwowych. Spokojnie, naprawdę wszystko było pod kontrolą.
Bawił się pan w
Wielkiego Brata?
Nie musiałem, inaczej
to rozegrałem. Po prostu zaprosiłem na spotkanie do klubu żony zawodników, i to
one dzwoniły do mnie później z informacjami, kto, gdzie, z kim i o której
wychodził po powrocie z treningu. I w jakim stanie wrócił. Informacje miałem
naprawdę z pierwszej ręki, nie musiałem nawet niczego weryfikować. A
przynajmniej wiedziałem, co robić następnego dnia, jakie i komu natężenia
treningowe przygotować. Musiałem się dostosować do zastanych warunków pracy,
żeby nikomu niechcący nie zrobić krzywdy, wyrzucić przecież wszystkich nie
mogłem. Zwłaszcza że piłkarsko to byli naprawdę świetni chłopcy. Grupa była
fajna i zgrana, ale obecni trenerzy powinni być zadowoleni, że nie mają
podobnych problemów. Choć pewnie niejeden, może nawet z Legii, mógłby mi
zazdrościć umiejętności, jakie mieli członkowie tamtego zespołu.
Faworytem w dwumeczu
decydującym o awansie do rozgrywek grupowych była jednak drużyna IFK Goeteborg.
I to zdecydowanym.
Przecież rok wcześniej mistrz Szwecji doszedł do ćwierćfinału Champions League,
gdzie przegrał z Barceloną. W zespole Skandynawów występowało wielu reprezentantów
kraju, a Szwecja miała wówczas naprawdę uzdolnioną generację i mocną drużynę
narodową. Kluczem do awansu był pierwszy, wygrany, mecz w Warszawie. Na
wyjeździe też wszystko ułożyło się po naszej myśli, wiedzieliśmy, że muszą
ruszyć. I rzeczywiście odkryli się, a my to wykorzystaliśmy.
Zaskoczył pan przed
meczem w Goeteborgu, sadzając Leszka Pisza, czyli lidera zespołu, na ławce
rezerwowych. To była kara wychowawcza?
Ależ skąd!
Wiedzieliśmy, że przynajmniej na początku trzeba będzie ostro fizycznie powalczyć
ze Szwedami, także o górne piłki, a Leszek nie miał ku temu warunków. Dlatego
przed meczem umówiliśmy się, że wprowadzę go, jeśli tylko będzie potrzebny.
Wszedł w trakcie spotkania, zrobił swoją robotę. I o to chodziło.
Z Ligą Mistrzów
związane są pańskie najpiękniejsze wspomnienia z pracy w klubach?
Oczywiście.
Nie każdemu jest przecież dane rywalizować, i to zwycięsko, z mistrzem Anglii.
Z mistrzem Rosji co prawda dwukrotnie wówczas przegraliśmy, ale mecze ze
Spartakiem też były bardzo fajne. Na Rosenborg nie było mocnych w Norwegii
przez lata, więc rywalizacja z takim zespołem to też było wyzwanie. Z
perspektywy czasu wszystko wydaje się bardzo przyjemne, daliśmy przecież radę.
Premie też były
przyjemne?
Pieniądze były inne
niż dziś, w Lidze Mistrzów finanse poszły przez dwie minione dekady mocno do
góry, ale nikt nie miał prawa narzekać. A ile było zachodu z wypłaceniem
premii! Nie było jeszcze wówczas przelewów na konta, kasę wypłacano po
przeliczeniu z franków szwajcarskich, którymi wtedy rozliczała się UEFA, na
złotówki do ręki. W dniu wypłaty trzeba było więc przyjść do klubu z kilkoma
reklamówkami, a najlepiej z workiem, żeby wszystkie należne banknoty pomieścić.
I dopiero potem szło się do banku i wpłacało na konto. Księgowa, która
przywiozła całą furgonetkę pieniędzy – dla wszystkich w zespole i sztabie tyle
się tego zebrało – była bardzo przestraszona, że pomyli się przy wypłatach.
Posadziłem więc za stołem Zbyszka Mandziejewicza i Pisza, i to oni rozdzielali
premie. W ten sposób, że sobie mieli wypłacić na końcu. Gdyby bowiem wcześniej
pomylili się na czyjąś korzyść, ich pula byłaby po prostu mniejsza. Księgowa,
mimo stresu, przeżyła, a Leszek ze Zbyszkiem elegancko wywiązali się z zadania.
Ten duet decydował
również o wysokości premii dla poszczególnych zawodników?
Nie, listę płac
stworzyłem przy pomocy całego sztabu. Była pula za każdy mecz, którą
dzieliliśmy w zależności od tego, czy ktoś grał w wyjściowym składzie, czy
siedział na rezerwie, i jaki miał wkład w końcowy wynik. Sprawiedliwie. A
pieniędzy było tyle, że zawodników stać było później na zakup mieszkań w
centrum Warszawy. O ile dobrze pamiętam, Legia wypłacała nam około połowy tego,
co dostawała z UEFA. Pewnie nawet zbyt hojnie, bo koszty wyjazdów nie były małe
i później w klubie niewiele z Ligi Mistrzów zostało. Choćby na transfery. Dziś
pieniądze w Champions League są oczywiście o wiele wyższe, przecież za sam
awans do grupy można dostać prawie 15 milionów euro. Gdyby więc w tym roku
Legia weszła do grupy, a powinna awansować, to jestem spokojny, że później ta
premia byłaby znacznie lepiej zainwestowana niż za moich czasów. Bo klubem
rządzą teraz ludzie, którzy się na tym znają. I mogą dzięki wpływom z Ligi
Mistrzów zrobić w Warszawie zespół na lata.
Do obecnej Legii
przejdziemy za chwilę. Proszę jeszcze tylko powiedzieć, czy żałował pan
kiedykolwiek porażki z Panathinaikosem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów?
Pewnie, że tak, bo
szansa na awans do półfinału była niepowtarzalna. Do dziś nie mam przekonania,
że Grecy mieli silniejszą kadrę od nas. Tyle że u nas liga jeszcze nie zdążyła
wystartować po przerwie zimowej, a na dodatek nie mieliśmy gdzie trenować. A
aby w ogóle można było rozegrać mecz przy Łazienkowskiej z Panathinaikosem,
nawierzchnię polano mocznikiem, który potem na butach i dresach przynosiliśmy
do szatni, w której śmierdziało jak w chlewie albo na jakimś śmietnisku. Na
dodatek przyjechały maszyny używane do suszenia pasów startowych na Okęciu,
które tak wypaliły trawę, że potem przez pół roku musieliśmy grać na piachu. W
takich warunkach trudno było o sukces, zwłaszcza że mieliśmy dodatkowy stres,
czy delegat w ogóle dopuści boisko do gry. U nas remis udało się obronić, w
Atenach za szybko straciliśmy zawodnika i bramkę, żeby myśleć o awansie.
Potem pojawiły się
spekulacje, że zawodnicy Legii odpuścili rewanż Panathinaikosowi. Miał pan
podobne podejrzenia?
Nie, nigdy. Raczej
żal do rosyjskiego sędziego, który po naszym meczu w Atenach kończył karierę na
arenie międzynarodowej. Podejrzewam, że Grecy wystawnie go podejmowali, skoro
tak szybko zdecydował się na pokazanie czerwonej kartki Marcinowi Jałosze.
Dzisiejsza Legia nie
ma takiej jakości, jak ta pańska, prawda?
Trudno porównywać
dwie różne epoki. Na mój gust trochę za dużo było w ostatnim czasie zmian trenerów.
I obecny szkoleniowiec nie zdołał jeszcze poukładać wszystkich elementów tak,
jak by chciał. Proszę jednak zauważyć, że w kraju Legia jest silna od kilku
sezonów, zdobywa tytuły i puchary, w ostatnich latach brakowało tylko awansu do
Ligi Mistrzów. W tym roku pojawiła się i na to szansa, którą trzeba za wszelką
cenę wykorzystać. Bo kolejna równie duża może się nie pojawić przez następne
dwadzieścia lat. Prawda jest zresztą taka, że w pucharowych eliminacjach Legia
wygląda lepiej niż w rozgrywkach krajowych. Tyle że w ekstraklasie, jeśli
stołeczny zespół poradzi sobie z awansem do Champions League, też powinien dać
radę. Będzie przecież podział punktów, więc ewentualne straty spokojnie można
nadgonić.
Podoba się panu
belgijski zaciąg?
Belgowie wyprodukowali
w ostatnich latach wielu bardzo dobrych piłkarzy, więc na miejscu kibiców Legii
absolutnie na wzmocnienia z ich ligi bym się nie obrażał. Dwa mecze mistrzów
Polski oglądałem na żywo w tym sezonie, dokładnie przyjrzałem się więc jak
grają Thibault Moulin i Steeven Langil. To ciekawi chłopcy. A ten drugi może
okazać się brakującym ogniwem, ponieważ najbardziej w grze Legii brakowało mi
klasowych skrzydłowych. Nemanja Nikolić, czy Aleksandar Prijović stanowią dużą
siłę z przodu, ale pod warunkiem, że ktoś dogra im sensowne piłki. A dotąd
częściej kręcili się przy bocznych liniach niż w okolicach szesnastki, gdzie
powinni czekać na prostopadłe podania, nie zaś błąkać się pod autami. Inna
sprawa, że bardzo zachowawczo, wręcz pasywnie grali boczni obrońcy. Na miejscu
trenera Hasiego na ten element zwróciłbym uwagę w pierwszej kolejności. To
znaczy wymagałbym o wiele większego zaangażowania w ofensywę.
Jacek Kazimierski
stwierdził, że dla niego Moulin jest podejrzany. Bo jedyny logiczny kierunek
piłkarski prowadzi z Polski do Francji, a nie na odwrót.
Dziś jest tylu
piłkarzy na świecie, że przy otwartych granicach nie ma sensu tak stawiać
sprawy. Moulin ma fajny przegląd, potrafi dokładnie dograć, nawet jeśli
decyduje się na daleki przerzut. Ciągle jest pod grą, szuka piłki, jest
praktycznie wszędzie, rozprowadza piłkę spod stoperów. Byłby świetnym
uzupełnieniem Ondreja Dudy. A może być innej, równie dobrej jak Słowak
dziesiątki, jeśli Legia ją sprowadzi. Widać, że musi jeszcze wejść w ten
zespół, ale na razie robi dobre wrażenie. Natomiast Langil jeszcze nie jest na
sto procent przygotowany, ale potencjał ma chyba nawet większy.
Nie obawiałby się pan
wstydu jeśli Legia wywalczyłaby awans do fazy grupowej Champions League i
zagrała tam obecnym składem?
Najwięcej będzie
zależało od tego, na kogo trafi w grupie. Trenerowi Hasiemu szerszy skład na
pewno by się przydał, nawet jeśli Legia nie będzie już występowała w Pucharze
Polski. Z tego nie robiłbym jednak wielkiego halo. Pamiętam, że moja drużyna –
już walcząc w Lidze Mistrzów – przegrała mecz o Superpuchar, tyle że… beze
mnie na ławce. Poleciałem do Anglii oglądać Blackburn, więc zespół poprowadzili
Lucek z Mirkiem. Wspomniana porażka nie miała jednak wpływu na nasze późniejsze
pucharowe występy. Mam nadzieję, że tak będzie również teraz. Jeśli Legia
awansuje do Ligi Mistrzów, za co mocno ściskam kciuki, na pewno pojawię się
przy Łazienkowskiej.
Zbigniew Boniek optymistą przed finałem ze Szwecją. „Jesteśmy lepszą drużyną”
We wtorek reprezentację Polski czeka wielki, ostateczny bój o udział w mistrzostwach świata. Zbigniew Boniek podkreśla, że Polacy są lepszą drużyną od Szwecji.
Lewy znów przejdzie do historii? Potrzebny jeden gol
Robert Lewandowski może we wtorek samodzielnie awansować na 5. miejsce wśród najlepszych strzelców reprezentacji w historii. Potrzebuje do tego tylko gola w spotkaniu ze Szwecją.
EURO U-19 nie dla Polaków. Zdecydowała porażka z Anglikami
Reprezentacja Polski do lat 19 nie zagra na młodzieżowym EURO. Biało-czerwoni nie zdołali sprawić sensacji, odwracając trudne położenie w grupie eliminacyjnej.