Na Volksparkstadionie stara bieda: Na wariackich papierach
Tym razem już nic nie miało przeszkodzić Hamburgowi w powrocie do Bundesligi. Ale HSV nie byłby HSV, gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem.
MACIEJ IWANOW
W luksusowym apartamentowcu następuje awaria rur kanalizacyjnych. Mieszkania zalane, mieszkańcy pomstują na co tylko mogą, a dzieci płaczą, bo zabawki nadają się na śmietnik. Co w tym przypadku powinna zrobić spółdzielnia mieszkaniowa? Wysłać fachowców i wymienić instalację. A gdyby tak zamiast tego załatać dziury w rurach taśmą klejącą, wymienić dozorcę, dyrektora spółdzielni i czekać na cud? Witamy na Volksparkstadionie w Hamburgu!
Papierowy faworyt
Dwa lata mijają, odkąd legendarny zegar na stadionie w Hamburgu przestał pokazywać czas spędzony w Bundeslidze. Po raz drugi z rzędu zespół miał bez problemu awansować do krajowej elity i po raz drugi sam wsadza sobie kij w szprychy. W poprzednim sezonie po fatalnej końcówce i zdobyciu zaledwie sześciu punktów w dziewięciu ostatnich spotkaniach, HSV zakończył rozgrywki na czwartym miejscu – przegrywając awans o punkt. A po rundzie jesiennej był liderem z całkiem niezłą zaliczką. Obecnie HSV po raz kolejny komplikuje sobie zadanie i to mimo że wszyscy mu pomagają. Zespół prowadzony przez trenera Dietera Heckinga nie potrafi jednak wykorzystać wpadek innych drużyn walczących o awans i sam ciągle zalicza kompromitujące występy. Kulminacją nieszczęść jakie spotykają sympatyków HSV od kilku lat były dwa derbowe mecze w tym sezonie – oba wygrane przez St. Pauli, czego nie pamiętają nawet najstarsi górale.
Kadra, jaką dysponuje Hecking, nie jest zła. To zdecydowanie czołówka ligowa, drużyna teoretycznie nie powinna mieć problemów z awansem. Ale co innego papier, a co innego dzieje się na boisku. Trener wielokrotnie podkreślał, że wszystko rozbija się o kwestie psychologiczne. Patrząc na to, jak chaotycznie potrafi w tym sezonie grać HSV w końcówkach spotkań i ile punktów stracił przez nonszalancję nietrudno się z tym zgodzić. Ciągła presja, z którą muszą mierzyć się piłkarze z pewnością im nie pomaga. Ale trudno ich bronić – grają bądź co bądź w HSV, a nie na przykład w Wehen Wiesbaden. A miejsce Hamburga jest bezapelacyjnie w pierwszej lidze.
29-latek na czele klubu
HSV przez lata był synonimem chaosu. Klub zorganizowany był na wariackich papierach, do niedawna wydawało się, że góra nie planuje niczego na dłużej niż kilka miesięcy. Do tego konflikty goniły konflikty. W styczniu 2019 roku wreszcie miało się coś zmienić. Do wyborów na prezydenta klubu stanął Marcell Jansen, piłkarz HSV w latach 2008-15, który od roku zasiadał w tak zwanym komitecie kontrolnym. Wygrał zdecydowaną ilością głosów, zaraził kibiców optymizmem i planami na przyszłość. Co ciekawe po objęciu funkcji nie przestał grać w piątoligowym trzecim zespole HSV, regularnie pojawiał się na murawie, z wyśmienitym skutkiem zresztą. To on stał za sprowadzeniem Heckinga, a także przekonał Jonasa Boldta, by objął posadę dyrektora sportowego. Ocena jego dotychczasowych dokonań nie jest jednak imponująca, ale biorąc pod uwagę jak wielką stajnią Augiasza jest HSV, nie zraził jeszcze do siebie sympatyków klubu.
Ryba psuje się od głowy więc nietrudno było przewidzieć, że i w pionie sportowym będzie się paliło. Bycie trenerem to często niewdzięczna rola, ale bycie trenerem w klubie, w którym wszyscy oczekują, że wreszcie nawiąże się do czasów świetności jest wyjątkowo niekomfortowe. Po rozstaniu z Markusem Gisdolem w styczniu 2018 roku długo szukano złotego środka. Bernd Hollerbach, Christian Titz – wybory absurdalne, nie przetrwały zbyt długo. Zbawieniem miał być młody Hannes Wolf, którego kreowano na trenerski talent, ale po tym jak spektakularnie przerżnął ubiegłoroczny sezon pożegnano się z nim bez żalu. Misję awansu do Bundesligi powierzono więc Heckingowi. To szkoleniowiec bardzo doświadczony, o którym mówi się, że „z każdym zespołem jest w stanie zająć siódme miejsce”. Czy to pochwała, czy przytyk – niech każdy oceni sobie sam, ale w Hamburgu nikt by się na takie rozwiązanie po powrocie do Bundesligi nie obraził. Przede wszystkim jednak cieszy się autorytetem, a tego w szatni HSV brakowało od czasów holenderskich, czyli kadencji Huuba Stevensa i Martina Jola.
Finanse klubu to temat rzeka. Przez wiele lat HSV żył na kredyt, oferując absurdalnie wysokie kontrakty obwarowane równie irracjonalnymi klauzulami. Symbolem niegospodarności była sytuacja z trenerami, gdy przez pewien czas na etacie było ich aż czterech – każdy z solidną pensją.
Ale wśród piłkarzy również zdarzały się szokujące wręcz kontrakty. Przy spadku praktycznie wszyscy mieli w umowach zawarte obniżki wypłat o 30-40 procent. Wszyscy oprócz Pierre-Michela Lasoggi, który dalej kasował prawie 3,5 miliona euro. Bobby Wood zarabiał niewiele mniej. O ile jeszcze Lasogga był bohaterem barażu z Karlsruher SC, o tyle Wood w Hamburgu przepadł i gdy wrócił z rocznego wypożyczenia do Hannover 96, działacze tylko kombinowali, by wypłacić mu odprawę i błyskawicznie się go pozbyć. Do ugody nie doszło i obie strony męczą się ze sobą do końca bieżącego sezonu. Równie absurdalne były premie za punkty, które każdy miał indywidualnie wynegocjowane. Rekordzistą był w tej kwestii Lasogga z 15 tysiącami euro za każdy punkt. Nie dziwi więc fakt, że gdy odchodził przed sezonem do Kataru, w klubie odetchnięto z wielką ulgą.
Ewentualny brak awansu może skończyć się odpływem piłkarzy i to za bezcen. Sonny Kittel czy Jeremy Dudziak mają w kontraktach klauzule pozwalające im odejść za niespełna trzy miliony euro. Z drugiej strony po awansie HSV musiałby wykupić z Werderu Martina Harnika za dwa miliony. Długa droga czeka jeszcze Hamburg, żeby nauczyć się mądrze gospodarować pieniędzmi.
Hamburger SV jest mocno zadłużonym klubem. Rokrocznie zobowiązania się zwiększały. Na koniec 2019 roku dług wynosił ponad 70 milionów euro. Tylko przez pandemię klub zanotuje dodatkową stratę w wysokości 8 milionów. Ale pomimo długów egzystencja HSV nie jest w jakikolwiek sposób zagrożona, licencja jest od trzech lat przyznawana bez żadnych zastrzeżeń, a sam klub stara się oszczędzać, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało. Płynność jest zagwarantowana, co nie wszędzie jest sprawą oczywistą. W Schalke na przykład długi wynoszą ponad 200 milionów.
Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o mężu opatrznościowym i głównym inwestorze HSV, czyli Klausie-Michaelu Kuehne. 82-letni miliarder przez lata zainwestował w klub ponad sto milionów euro. Wielokrotnie był krytykowany za zbytnią chęć wtrącania się w sprawy klubu, ale to on zagwarantował, że stadion nazywa się Volkspark. To on ratował klub w trudnych momentach, pożyczając pieniądze na transfery, choć w przypadku niektórych zawodników zastrzegał sobie zwrot z ich późniejszych transferów (jak chociażby Arpa) i do kasy klubowej trafiały resztki. Obecnie klub stara się radzić bez jego dodatkowych pieniędzy, a sam Kuehne stara się trzymać z boku.
Poza boiskiem też ciekawie
HSV to nie tylko słaba postawa na murawie i nie tylko chwiejna organizacja. To też afery, w które klub wplątuje się często mimowolnie. Jak zgubiony plecak w parku przez dyrektora Petera Knaebela z ważnymi dokumentami (między innymi raportami skautów czy paskami wypłat piłkarzy) kilka lat temu, albo sprawa Jatty, która podzieliła piłkarskie środowisko.
W sierpniu ubiegłego roku „Sport Bild” opublikował bombę, ujawniając, że piłkarz HSV Bakery Jatta to tak naprawdę Bakary Daffeh. Trafił do Niemiec, konkretnie do Bremy, jako niepełnoletni uchodźca. Potem zainteresował się nim klub z Hamburga i Gambijczyk podpisał z nim kontrakt. Dziennikarze prześwietlili jego życiorys i wyszło im, że nie dość, że Jatta odmłodził się o trzy lata, to jeszcze sfałszował tożsamość. W rodzinnym kraju znany był jako Bakary Daffeh i grał nawet w tamtejszej młodzieżówce. Przybywając do Niemiec, utrzymywał, że nigdy nie grał w żadnym klubie, co zostało obalone jasnymi dowodami na to, że grał w minimum kilku i to nie tylko w Gambii, ale też w Senegalu i Nigerii. Według Football Leaks HSV wiedział o całej mistyfikacji. Żeby było śmieszniej, rejestrując się jako azylant, Jatta podał adres mailowy zaczynający się od bakarydaffeh… Kilka dni później zmienił imię na Bakery. Oczywiście sam zainteresowany odrzucał wszystkie oskarżenia i prezentował odpowiednie dokumenty, które koniec końców zostały uznane przez niemiecki sąd, co zakończyło sprawę. HSV od początku do końca stał konsekwentnie za zawodnikiem. Kilka klubów po porażkach z HSV zwietrzyło szansę i wystosowało protest do DFL. Pod naciskiem opinii publicznej jednak szybko się z tego wycofały.
Brak awansu w tym sezonie będzie potężną katastrofą. Wprawdzie zespół powinien bez problemu zakończyć rozgrywki na minimum trzecim miejscu, ale baraże to śliski grunt. Zwłaszcza gdyby doszło w nich do Nordderby, czyli świętej wojny z Werderem Brema. Wprawdzie zarząd klubu dał do zrozumienia, że w przypadku klęski trener Hecking będzie miał pełne poparcie, by prowadzić klub w kolejnym sezonie, ale niewykluczona jest kolejna rewolucja – kadrowa przede wszystkim. HSV jest wciąż kolosem na glinianych nogach.
Sensacja w Monachium! Bayern przegrał z Augsburgiem [WIDEO]
Bawarczycy doznali pierwszej porażki w sezonie 25-26. Pierwszymi pogromcami ekipy Kompany'ego okazał się derbowy rywal – FC Augsburg, który w ostatnim kwadransie zdobył dwie bramki na wagę trzech punktów.