Przejdź do treści
Na nich, chłopaki!

Polska Reprezentacja Polski

Na nich, chłopaki!

Zafascynowani murawą, ogłuszeni trybunami, przerażeni Linekerem, przytłoczeni golem Domarskiego, kilka razy biało-czerwoni wychodzili na Wembley. Po 1973 roku zawsze bez powodzenia.



Długo ważyło się, czy 31 marca ponownie zmierzymy się z Anglią na ich najważniejszym stadionie, a właściwie w ogóle na ich terenie. Wszystko przez nadzwyczajne przepisy sanepidu – choćby niemieckiego czy włoskiego. Zwłaszcza w Niemczech przestrzegano restrykcyjnie przepisu, zgodnie z którym podróżnych wracających z Wysp kierowano na wielodniową kwarantannę. Dotyczyło to również piłkarzy. W tej sytuacji Bayern bądź Hertha – zgodnie z ekstraordynaryjnymi przepisami FIFA – nie musieli godzić się na puszczenie Roberta Lewandowskiego czy Krzysztofa Piątka. A z kolei w tej sytuacji federacja gości, czyli Polski Związek Piłki Nożnej, mogła wystąpić z wnioskiem o wyznaczenie meczu na terenie neutralnym. Szczęśliwie (lub nie – zależy pod jakim kątem oceniać…) wszystko pozostaje bez zmian.

Dwa wyjątki – Jurek i Franek

Niezależnie od ostatecznej decyzji warto przybliżyć atmosfery i uchylić „kuchni” dotychczasowych meczów Polaków na legendarnym stadionie. Niekoniecznie ku pokrzepieniu serc, bo jeśli ktoś ma nadzieję, że poczyta sobie w tym miejscu o paradach Jana Tomaszewskiego i golu Jana Domarskiego pod brzuchem Petera Shiltona – to się przeliczy. Interesujące jest tym razem „Wembley po Wembley” – to wszystko, co wydarzyło się podczas nalotów Orłów na Wyspy po 1973 roku. I bardziej niż dokumentacja samych rozgrywek, analiza taktyki, personaliów i przebiegu rywalizacji – kulisy, wydarzenia śmieszne, straszne, zwyczajnie ludzkie.

Od założonej cezury czasu i miejsca warto zrobić dwa wyjątki. Mianowicie pierwszy raz z Anglią zmierzyliśmy się na początku 1966 roku, a więc siedem lat przed słynnym remisem ekipy Kazimierza Górskiego, tyle że nie w stolicy imperium, ale w Liverpoolu, na stadionie Evertonu. Na Goodison Park również padł remis 1:1, a bohaterem okazał się Jerzy Sadek, który pokonał Gordona Banksa. Na Wyspach był już kojarzony. Kilka miesięcy wcześniej tak huknął w Glasgow do bramki Szkotów, że siatka spadła. Po meczu Everton oferował 100 tysięcy funtów za napastnika ŁKS. Bez skutku. W każdym razie on, Marian Szeja, Stanisław Oślizło, Jan Banaś i cała reszta przeciwstawili się drużynie, która kilka miesięcy potem zdobyła Puchar Świata.

I drugi przypadek – mecz reprezentacji Pawła Janasa, ale na Old Trafford. Dość wyjątkowe było to spotkanie, choć nie ze względu na wynik, bo w Manchesterze tradycyjnie przegraliśmy. Niemniej była to porażka, po której nie rozdzierano szat, gdyż niekorzystny rezultat w meczu zamykającym kwalifikacje mundialu w Niemczech nie miał znaczenia. Drużyna Janasa zajęła co prawda drugie miejsce w grupie, ale była w o tyle korzystnej sytuacji, że wywalczyła awans do finałów MŚ bez konieczności rozgrywania baraży. Był to zatem mecz bez większej historii, choć piłkarze mogą pamiętać to inaczej – w końcu to po nim podzielili między siebie 1,5 miliona dolarów premii za awans. No i warto zauważyć, że PZPN posłał zawodników i sztab na bitwę o Anglię w nowych, eleganckich garniturach, koszulach koloru śliwkowego i modnych krawatach.

– Za remis i utrzymanie pierwszego miejsca w grupie mieliśmy przewidziane większe premie. Pieniążki przeszły nam jednak koło nosa – mówił wówczas Tomasz Frankowski. Nie mógł wtedy wiedzieć, że jego bramka na Old Trafford nie zostanie wyceniona wysoko przez Janasa, bo jej wartość nie wystarczyła nawet do miejsca w kadrze na mundial, podobnie jak pozostałe sześć bramek w eliminacjach. Nie mógł też wtedy wiedzieć, że więcej już dla biało-czerwonych do siatki nie trafi.

Upadł komunizm i Łazarek

Pierwsze Wembley po 1973 roku było udziałem drużyny prowadzonej przez Wojciecha Łazarka, który najpierw chciał stawiać na ligowców, później przekonał się, że to błędna droga, tylko jakoś nie mógł przekonać się do Mirosława Okońskiego. U Łazarka również karierę reprezentacyjną postanowił zakończyć Zbigniew Boniek – zdaje się, że przedwcześnie. Niekoniecznie tak musiało się stać. Zibi chciał nawet rozmawiać z trenerem jeszcze przed słynnym, bezbramkowym remisem z Cyprem. Cytat ze „Sportowca” przywołany w książce „Selekcjonerzy”: „Dziesięć dni przed spotkaniem zadzwoniłem do trenera z sugestią, że mogę przyjechać nawet na siedem dni. Była godzina dziesiąta wieczorem. Niestety, żona trenera Łazarka powiedziała, że trener pojechał do Polmozbytu. Następnego dnia podano skład kadry. Mnie w nim nie było”.

Czasy przemian ustrojowych, organizacja kulała. Wyprawa do Londynu była nieco amatorska – PZPN nie załatwił… boiska treningowego. Roman Kosecki w niedawno wydanej biografii „Kosa. Niczego nie żałuję” wspominał: „Selekcjoner zarządził trening… w parku. No dobra – myślimy – nie ma co narzekać. Zakładamy biało-czerwone dresy i ruszamy między drzewa. Jak mus, to mus. Tyle że pięć minut po rozpoczęciu zajęć zjawiają się strażnicy w charakterystycznych czerwonych kombinezonach i wysokich czarnych czapkach: Panowie, co wy wyprawiacie?! Przecież ten teren należy do królowej Elżbiety! Przetłumaczyliśmy Łazarkowi, że wtargnęliśmy na królewski teren i musimy zakończyć trening”.

Tak czy owak, na Wembley w czerwcu 1989 roku, 16 lat po sukcesie, od którego zaczęła się seria naszych mundialowych występów, tę właśnie serię zakończyliśmy, a w bramce rywali stał ten sam Shilton, którego pokonał Domarski. Na mundial do Włoch nie pojechaliśmy, w Londynie nawet nie zipnęliśmy.



– Porażka z Anglią to był skutek, przyczyny szukam do dziś, gdyż podczas 10-dniowego zgrupowania pokonaliśmy w Oslo Norwegię 3:0, a potem pojechaliśmy do Szwecji na mecz eliminacji MŚ i tam, niestety, przegraliśmy w 95. minucie 1:2. Tę porażkę trudno nam było przełknąć i wszystkie najważniejsze bitwy tego meczu prowadziliśmy w sobie. Za trzy dni czekało Wembley. Niestety, przegrane. Czułem się, jakbym przesypał wagon węgla w czasie padającego deszczu – opowiadał Łazarek w tygodniku „Przegląd”.

Wynik 0:3 – dokładnie taki sam jak trzy lata wcześniej na mundialu w Meksyku. Ale drużyna nie była już taka sama. Ze składu z Monterrey na murawę Wembley wybiegli tylko Roman Wójcicki, Waldemar Matysik i Jan Urban. Dość dziwacznie selekcjoner zestawił całą prawą flankę – w obronie Waldemar Prusik (nominalnie środkowy pomocnik), przed nim w pomocy Krzysztof Warzycha (środkowy napastnik). Naprzeciw nich stanęli Stuart Pearce i świetny drybler John Barnes oraz operujący często z lewej strony Peter Beardsley – to się nie mogło dobrze skończyć.

– Zaskoczyła mnie ta prawa obrona, bo to nie była moja pozycja – mówi Prusik. – Generalnie za dużo fajnych wspomnień mieć nie mogę z tego meczu, tunel i butne zachowanie gospodarzy pamiętam, podobnie jak niespotykaną gdzie indziej ceremonię przedmeczową, podczas której szef angielskiej federacji osobiście na boisku witał się z każdym piłkarzem. No i samo Wembley – szok. Byłem przeszło 20 lat później już na nowym Wembley, gdy komentowaliśmy z Mateuszem Borkiem mecz kadry Waldemara Fornalika. No fajny, nowoczesny, błyszczący, ale nie do porównania ze starym. Tam trybuny były niższe, dach niemal wisiał nad głowami ludzi, ich ryk odbijał się od niego i spadał na murawę – nie słyszeliśmy siebie nawzajem.

– To była bardzo mocna drużyna angielska, półfinaliści przyszłego mundialu – uzupełnia Damian Łukasik, stoper tamtej reprezentacji. – Zgadzam się, że Wembley to była magia. Jechaliśmy tam z zaciekawieniem, ale raczej nie strachem. Ja pięć lat wcześniej z Lechem walczyłem na Anfield przeciw Liverpoolowi, znałem ten klimat, ten ryk kibiców. Natomiast na pewno nie byliśmy przygotowani na zachowanie Anglików w tunelu. Straszyli nas, walili w ściany, kopali. OK., byliśmy słabsi, nie ma co się oszukiwać, ale też nie mieliśmy tyle szczęścia, ile nasi poprzednicy w 1973 roku. Nieporozumienie między mną i Jarkiem Bako zaowocowało szybko straconą bramką, oczywiście autorstwa Gary’ego Linekera. Po meczu łamaną angielszczyzną przypomniałem mu mecze Lecha z Barceloną i nasze pojedynki. Powiedział, że pamięta. Nawet jeśli to była kurtuazja, to zakończona wymianą koszulek. To była chyba moja najcenniejsza tego typu zdobycz, podobnie jak trykot Claudio Caniggii. Tyle że żadnej dziś nie mam. Mam natomiast sam mecz nagrany na starym VHS-ie. Krytyka naszego występu była, to jasne, ale umiarkowana, bo też media nie były takie bezpardonowe jak teraz. Nie było internetu, obrzydliwego hejtu. Wróciliśmy do domów, wcześniej trochę zobaczyliśmy Londyn, ale wielkich zakupów nie było, bo też z naszymi dietami mogliśmy sobie co najwyżej kupić rybę z frytkami.

Wspominał też o tym sam Łazarek (WP): – Po meczu do naszego hotelu przyszedł trener Anglii Bobby Robson, żeby Kazimierza Górskiego i mnie zaprosić na kolację do kasyna. Wszystko na jego koszt, ale chcieliśmy się zrewanżować i nie bardzo mogliśmy, bo woda Perrier kosztowała tam 5 funtów, a my mieliśmy dietę 3 dolary i 14 centów (…).

Czy selekcjoner przestraszył się rywala? Taki mit pokutuje, ale skład personalny nie upoważnia do takiej tezy. – Czego trener miał się bać, przecież to my wychodziliśmy na boisko – zastanawia się Łukasik. Czy jednak na pewno?

O Łazarku, zwanym Baryłą, pisał Paweł Zarzeczny w „Polska The Times”: „Kupował sobie takie książki z bon motami, uczył się ich na pamięć i każdego częstował jakimś fajnym sformułowaniem. Taki rubaszny gość. Generalnie człowiek bez wyników, jak to ładnie powiedział mi o nim Rysio Tarasiewicz: „Na Wembley tylko siedem razy złamała mu się kreda na odprawie”. Taki był rozdygotany. Poza tym w kadrze trafił na pierwsze pokolenie piłkarzy, które przyjeżdżało na zgrupowania wypoczywać, a nie zasuwać. Na zasadzie: hulaj dusza, piekła nie ma. Niektórzy grali już na Zachodzie i zachłysnęli się kasą”.

Mecz był 3 czerwca 1989. Dzień później odbyły się w Polsce pierwsze, w części demokratyczne wybory parlamentarne, a w telewizji odważnie ogłoszono, że skończył się nad Wisłą komunizm. – Czyli jednego dnia nasza porażka, drugiego zwycięstwo demokracji – zauważa Łukasik, a Prusik uzupełnia: – W wyborach nie bardzo mogliśmy wziąć udział, bo 4 czerwca wylądowaliśmy dopiero w Warszawie, a na przykład ja musiałem jeszcze dostać się do Wrocławia.

Do tramwaju wsiada Strejlau

Wkrótce po meczu, niejako wraz z komunizmem, odszedł Łazarek, już na gorąco komunikując: – Życie trenera jest jak tramwaj. Jedni wsiadają, inni wysiadają. Ja właśnie wysiadam.

Zastąpił go Andrzej Strejlau, minimalnie wygrywając głosowanie w PZPN z Leszkiem Jezierskim. W kraju był to trudny czas przemian ustrojowych. Nowy selekcjoner wreszcie doczekał swojej szansy, wcześniej był asystentem Kazimierza Górskiego, Wembley znał więc dobrze, był na nim w 1973 roku. Teraz otrzymał szansę pracy na własny rachunek. Podszedł do niej bardzo poważnie, choć zawodnicy nie ułatwiali mu zadania. Na pewno selekcjoner prowadził się bardziej profesjonalnie od wielu z nich. Dbał też o każdy szczegół. Nie tylko rozpracowywanie rywala, ale nawet rozrysowywanie najprostszych stałych fragmentów – w tym wyrzutów piłki z autu. Z Anglią przegrał bezdyskusyjnie dwa mecze na wyjeździe, u siebie trzy razy nie dał się pokonać. Przejażdżka tramwajem trwała aż cztery lata.

– A to ja w ogóle grałem w tym meczu? Chyba nie… – jak widać nie na wszystkich zawodnikach potyczki na Wembley odcisnęły piętno. O Dariuszu Kubickim na pewno nie można tak powiedzieć. Chodzi o spotkanie przegrane przez kadrę Strejlaua 0:2 w październiku 1990 roku. Dokładnie 17 października, a więc w siedemnastą rocznicę „tego” Wembley. – Wszedłem na cztery minuty? To może dlatego nic nie pamiętam.

Podstawa powodzenia w Anglii? Brak strachu, mówił o tym tuż przed meczem w 1990 roku, Domarski: – Ci, którzy wyjdą na boisko, muszą pamiętać o jednym: nie wolno się bać, trzeba podjąć walkę, a do tego potrzebna jest sportowa motywacja, której nasi zawodnicy, niestety, nie mają w nadmiarze.

Generalnie więc nastroje przed spotkaniem nie były najlepsze. Strejlau w kadrze ulokował dziewięciu zawodników występujących w klubach zagranicznych, co miało wpłynąć o tyle na morale zespołu, że piłkarze obyci w międzynarodowej rywalizacji nie pękną. I tym razem rzeczywiście tak się stało. Ale, żeby wywalczyć korzystny rezultat na Wembley sam brak strachu nie wystarczy, trzeba dodać coś więcej, na przykład bezbłędny występ bramkarza. A z tym różnie bywało. W 1990 roku przy drugiej straconej bramce pomylił się Józef Wandzik. Strejlau ten mecz zapamiętał całkiem dobrze, bo pan Andrzej, w odróżnieniu od Kubickiego, pamięta wszystko, choć czasami udaje, że nie pamięta.

– Problemy organizacyjne? Wszystko było jak należy – zaczyna Strejlau. – A na boisku po szybkim kontrataku rywali, kiedy kontuzjowany był Szewczyk, ręką w polu karnym przy lewym słupku piłkę zagrał Tarasiewicz. Po stracie gola Anglicy utrzymywali się przy piłce na własnej połowie, my graliśmy bez asekuracji. Długa bramka padła w 87. minucie, zdobył ją malutki, świetnie wyszkolony Beardsley – Wandzik wyszedł do piłki ułamek sekundy za wcześnie. Na mecze jeździł z nami wtedy Kazimierz Górski, pytał mnie potem, czy musiałem tak otworzyć grę. Musiałem, przecież przegrywaliśmy. Mecz był więc wyrównany, nie mówię, że mogliśmy wygrać, w zasadzie nikt tam z Polaków nie wygrał, ale do remisu niewiele brakowało. U siebie w tych eliminacjach graliśmy na trzech obrońców, na wyjazdach wystawiałem zazwyczaj czwórkę z tyłu. I z Anglikami padł remis. Przypomnę tylko skład z Chorzowa: Bako w bramce, na obronie Czachowski, Kaczmarek i Wdowczyk, w drugiej linii od prawej strony Robert Warzycha, Tarasiewicz, Nawrocki i Ziober, przed nimi Dziekanowski i dwójka w ataku: Kosecki i Krzysio Warzycha, za którego wpuściłem Furtoka. A dziś czytam, że gra na trzech obrońców to nowoczesna piłka. Nie wiem dlaczego młodzi ludzie wypisują bzdury, jaka to jest nowoczesna piłka, skoro my tak graliśmy z Anglią w 1989 roku? W każdym razie, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Anglia u siebie i Anglia na wyjeździe to dwie inne drużyny, to jest do udowodnienia wynikami na przestrzeni ostatnich 50 lat. Ale Sousie niczego nie będę doradzał, ma sześciu asystentów, to mu doradzą.


Piotr Czachowski: – Czuło się w powietrzu zapach bramki Domarskiego, grałem tam dwa razy, ale co z tego, że mieliśmy w składzie Furtoka czy Koseckiego, skoro trudno było się zbliżyć nawet do ich bramki. Drugi raz przyjechałem jako zawodnik Dundee, nieco oswojony z wyspami, ale z atmosferą Wembley do końca nie da się oswoić. Pierwszy raz, kiedy wyszliśmy na rozgrzewkę, długo gapiliśmy się na znakomitą murawę, jakby nie dowierzając, że jest prawdziwa.

Bako przeciw Anglikom rozegrał 450 minut. Bilans w kadrze ma osobliwy: 35 A – 5… Anglia. Tylko wspomnień z Londynu dobrych nie ma.

– Dwa razy tam zagrałem, dwa razy po 0:3 – mówi. – Rekompensowałem to sobie domowymi remisami. Po jednym z nich zadzwonił telefon. Kończyło mi się wypożyczenie z Besiktasu do Lecha. W słuchawce prezydent Hapoelu. Mówi, że widział mnie przeciw Anglikom i chce mnie do klubu. Super, długo się nie zastanawiałem.

W 1993 na Wembley mimo puszczonych goli Bako należał do wyróżniających się postaci. Wybronił strzały Paula Gascoigne’a, Iana Wrighta i Lesa Ferdinanda. Kompromitacji uniknęliśmy. – To już był mój drugi pobyt na tym stadionie. Za pierwszym razem byłem kompletnie niedoświadczony. Trzy towarzyskie gry w reprezentacji, potem Rasunda i od razu Wembley. Wówczas, dzień przed meczem mieliśmy trening na głównej płycie. Obiekt był pusty, ale spacerowały po trybunach wycieczki. Gospodarze, jako atrakcję dla zwiedzających, puścili więc doping z głośników. Jak huknęło, to aż zadrżeliśmy. Wiedzieliśmy już czego się spodziewać nazajutrz. Powiem tak – zawsze dużo darłem się w bramce, taki byłem. Na Wembley robiłem to samo, ale właściwie tylko z myślą o własnym lepszym samopoczuciu, bo i tak żaden z kolegów mnie nie słyszał. Zawsze byłem też pod wrażeniem murawy. Napatrzeć się nie mogłem – takiego dywanu nigdy nie miałem w domu, nawet w swoim tureckim salonie.

Andrzej fajny, ale nie dojechał

Być może najbliżej korzystnego rezultatu na Wembley po Wembley byliśmy w 1996 roku, co było dość nieoczekiwane, gdyż zespół targany był różnymi problemami. Do Londynu biało-czerwoni jechali w roli chłopców do bicia, z passą 12. meczów bez zwycięstwa, tymczasem Anglicy byli świeżo napakowani po udanych dla nich finałach ME, w których zameldowali się w strefie medalowej. Krótko mówiąc – nikt w Polsce wielkich nadziei na korzystny rezultat nie miał. Eliminacje mundialu miały się dla biało-czerwonych zacząć od drugiego spotkania, po przegranej z Anglią.

– Zapamiętałem rozczarowanie, bo to był jeden z najlepszych występów Polski na Wembley, a mimo tego skończył się porażką – wspomina Radosław Michalski. – W świetnej formie znajdował się Piotrek Nowak, w szczytowy okres wchodził Marek Citko. Nie przestraszyliśmy się, to był klucz do dobrego meczu. Mogli sobie Anglicy walić w ściany w tunelu prowadzącym na boisko, krzyczeć co chcieli, ale nie robiło to na nas żadnego wrażenia, nie tylko dlatego, że większość z nas nie znała angielskiego. Każdy zespół ma w składzie takich Stuartów Pearców, my mieliśmy Marków Jóźwiaków. Inna sprawa, że gdy poszedłem do głowy z Lesem Ferdinandem i zabrakło mi do niego z pół metra, skoncentrowałem się na zbieraniu drugich piłek – nie było sensu z nim skakać.

– Ferdinand miał windę, że daj Panie Boże. Dziś to byłyby faule, ale wtedy sędziowie pozwalali na więcej. Sprytnie opierał się na przeciwnikach, więc gdy skakał, miałeś jego pięty na wysokości swoich oczu. Zanim zagrał piłkę głową, to jeszcze miał czas rozejrzeć się w prawo i w lewo, by zdecydować, w którą stronę ją uderzyć – potwierdza Jóźwiak. – Dwa gole wbił nam wtedy Alan Shearer, grałem przeciwko niemu wcześniej w Lidze Mistrzów, miałem ochotę przypilnować go i na Wembley. Antoni Piechniczek zdecydował jednak, że zagram na lewej stronie bloku defensywnego, więc w tym temacie trzeba dzwonić do Pawła Wojtali.

Dla Polski gole na Wembley zdobyło tylko trzech zawodników w historii: Domarski, Citko i Jerzy Brzęczek. Mimo że w kraju oczekiwania w stosunku do meczu z 1996 roku zawieszone były na poziomie dna, to jednak waga zdobytej bramki okazała się ogromna. Gdy Citko otworzył wynik, nie był świadomy tego, co nastąpi. Został bohaterem narodowym, wygrał plebiscyt audiotele na najpopularniejszego sportowca roku, mimo że inni przywieźli 7 złotych medali z igrzysk olimpijskich w Atlancie. Magia gola na Wembley, w mniejszym stopniu też trafień w Lidze Mistrzów dla Widzewa Łódź, okazała się niewyobrażalna. Wybuchła citkomania. Do tego stopnia, że jej główny bohater kompletnie stracił publiczny spokój. Wspominał w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”, że nawet jedzenie w McDonald’s musiał brać wyłącznie na wynos, jechać samochodem w szczere pole i tam zjadać, bo na ulicy zaraz ludzie by mu w szybę pukali.

– Faktycznie, ten gol zabrał mi intymność – mówi dziś. – Długo przed meczem media podgrzewały atmosferę, liczono lata bez polskiego gola na Wembley, licznik dobił do 23 (obecnie też już jest blisko, wynosi 22, choć oczywiście rzadziej w ostatnich latach graliśmy z Anglikami – przyp. red.). Moje zdjęcie znalazło się chyba w każdej gazecie. Szaleństwo! Ale to wszystko nic, bo ważniejsze, że my wtedy mogliśmy Anglików pyknąć na luzie. Tak powinna grać kadra: z odwagą, z ryzykiem. To my chcieliśmy im pokazać, jak się gra w piłkę. Cała otoczka, Wembley, ryk na trybunach, tunel – mnie to nie przerażało, mnie to nakręcało. Kwestia odpowiedniego poukładania sobie tego w głowie.

Składową korzystnego rezultatu na Wembley musi być jednak doskonała dyspozycja bramkarza. Tego uczy historia. Tak było w 1966 i 1973 roku, gdy remisowaliśmy z Anglikami na ich terenie. Tego elementu Piechniczek nie przypilnował. W kadrze znajdowało się dwóch porządnych fachowców – Andrzej Woźniak i Maciej Szczęsny. Rywalizowali o miejsce w składzie, niewiele wcześniej walczyli także o mistrzostwo Polski jako zawodnicy Widzewa i Legii. Atmosfera była napięta.

– Pewniakiem do gry na Wembley był Maciek, ale na jednym z przedmeczowych treningów doszło do utarczki słownej Maćka i selekcjonera Piechniczka… – mówi Michalski. – Nie wyszło to na dobre ani reprezentacji, ani trenerowi, ani Andrzejowi. Co prawda Woźniak był dobrym bramkarzem, ale akurat na Wembley nie popisał się i pierwszą bramkę zawalił.


– Andrzej na Wembley nie dojechał. Nie wiem dlaczego trener Piechniczek na niego wtedy postawił – dodaje Jóźwiak. – Andrzej fajny chłopak, ale na treningach lepiej wyglądał Maciek. Byliśmy trochę zaskoczeni, Maciek natomiast miał duże pretensje do trenera.

– Największe zastrzeżenia po spotkaniu skierowane były do Andrzeja Woźniaka, opromienionego sławą występu na Parc des Princes przeciwko Francji – wspomina Piechniczek. – Książę Paryża go nazywano. Natomiast na Wembley trochę dał czadu. Konflikt ze Szczęsnym? Konflikt to za duże słowo. Opierałem się w jakimś stopniu na spostrzeżeniach trenera bramkarzy, a on na podstawie obserwacji zajęć stwierdził, że powinienem postawić na Woźniaka. Tym się zasugerowałem, niemniej nie przerzucam odpowiedzialności – ostateczną decyzję zamierzałem podjąć po treningu na Wembley. Inna sprawa, iż nie spotkałem się wcześniej z sytuacją, że nim zostanie ogłoszony skład na mecz, nim w ogóle wyjedziemy na mecz, bramkarz już protestuje, że on się nigdzie nie ruszy, jeśli nie wyjdzie w podstawowej jedenastce. Jestem przekonany, że trener Maciek Szczęsny, gdyby jeden z jego zawodników zachował się tak, jak on wtedy, postawiłby go do pionu, mówiąc: synu, łaski nie robisz, nie chcesz jechać, to nie jedź, proszę bardzo. Cześć, do widzenia, odjazd, więcej w mojej drużynie nie zagrasz. Tak było za mojej kadencji, tak każdy szanujący się selekcjoner zachowałby się dzisiaj.

Tym sposobem zakończyła się reprezentacyjna kariera Macieja Szczęsnego, zamknęła się w zaledwie siedmiu występach. Tym ostatnim był towarzyski mecz z Niemcami za kadencji Piechniczka, odbył się miesiąc przed Wembley.

Siedmiu broni

Jacek Zieliński grał i w meczu przegranym 1:2 przez zespół Piechniczka, i później, za kadencji Janusza Wójcika. Przegraliśmy 1:3.

– Anglicy byli rzeczywiście słabi, grali źle. Ale my jeszcze gorzej – opowiadał na sport.pl. – Dzień przed meczem dostaliśmy nieźle w d… I nie chodzi mi o mecz młodzieżówki przegrany w Southampton 0:5. Na przedmeczowym rozruchu trenerowi Wójcikowi udzielił się chyba entuzjazm. Pamiętam te wślizgi, starty do piłki, podekscytowanego selekcjonera, który chodził nabuzowany po murawie Wembley i krzyczał, żebyśmy zap… Był bardzo podekscytowany, też chyba miał tremę (śmiech). To było irracjonalne zachowanie. Rano mieliśmy lekkie zakwasy, ale i tak mogliśmy w Londynie pograć lepiej…. Faktem jest, że grało za dużo obrońców. Bodaj siedmiu. Z tym nie można przesadzać, tak samo jak z liczbą napastników w meczu ze słabeuszami. Musi być równowaga zawodników zorientowanych na ofensywę i defensywę. Wymyślanie gry siedmioma obrońcami musi prowadzić do zguby. Nie wiem, czy trener Wójcik wystraszył się Anglików, ale sądząc po liczbie obrońców, podszedł do meczu z nimi z dużym respektem (śmiech)….


– Zmęczeni treningiem? Nie pamiętam już dokładnie, może delikatnie… Czasami zresztą tak właśnie bywa, że gdy szykujesz się na rywala grającego tak intensywnie jak Anglicy, już na treningu dajesz podświadomie z siebie więcej i łatwo wówczas przedobrzyć – mówi Andrzej Juskowiak. – Tym bardziej że ostatni trening przedmeczowy jest z reguły obserwowany przez ludzi z obozu rywali, chcesz pokazać, że nazajutrz łatwo im nie będzie. Mieliśmy swój plan na ten mecz, szukaliśmy szansy w przechwytach, wiedząc, że Anglicy chcąc nas stłamsić, podejdą bardzo wysoko. Ale plan jedno, a boisko drugie. Kiedy już podeszli i założyli pressing, okazało się, że jest tak mało czasu na decyzję, na odszukanie partnera, że ciężko było wyprowadzić piłkę.

– Coś mi świta w głowie, że na treningu przed meczem pojawiły się kamery i trener zarządził pod publikę ostre jeżdżenie na dupach – mówi Jacek Bąk. – Krzyki, huki w tunelu? Na młodych to zawsze robi wrażenie, z perspektywy lat takie akcje mnie śmieszą. Ale trybuny jak huknęły, to waliło po uszach. Znacznie bardziej niż na Śląskim. W 1993 zagrałem w Londynie kilkanaście minut, sześć lat później już całe spotkanie. Przypominam też sobie historię dotyczącą meczu z Anglikami, ale tego w Warszawie, na 0:0. Nieźle wtedy zagraliśmy, natomiast na odprawie przedmeczowej Tomek Iwan dostał zadanie od sztabu biegać cały czas przy Davidzie Beckhamie i go wk….. ć. A to ślinką strzyknąć pod nogi, a to coś o żonie Victorii wspomnieć. Nie wiem czy się z zadania wywiązał dokładnie, bo wszedłem w końcówce za Kłosa, ale fakt, że Beckham za wiele sobie nie pograł.

Nawet jeśli Wójcik nastawiony był do starcia na Wembley bojowo, to skład desygnował do gry faktycznie przesadnie defensywny. Na boisko wybiegło sześciu nominalnych obrońców, a po przerwie dołączył jeszcze do nich Tomasz Kłos. Jedyną bramkę po efektownej akcji Mirosława Trzeciaka zdobył dla nas Brzęczek, który w roli selekcjonera nie doczekał ponownej wizyty na Wembley. Linekera już w szeregach gospodarzy co prawda brakowało, ale hat-trickiem poczęstował nas Paul Scholes. Debiut selekcjonerski Kevina Keegana, który był rezerwowym w 1973 roku, wypadł więc przyzwoicie.

No to na nich…

W sumie – w domu i na wyjeździe – rozegraliśmy 19 meczów przeciw Anglikom. Wśród piłkarzy rekordzistami – po sześć występów – są Kosecki (on ma też najwięcej minut spędzonych na boisku) i Jan Furtok. W przypadku selekcjonerów rekordzistą jest Strejlau, który drużynę biało-czerwonych prowadził pięciokrotnie przeciw Anglikom. Drugi na liście jest Piechniczek – 3 mecze. Natomiast jedynym z korzystnym bilansem pozostaje oczywiście Górski – wygrana i remis. Na dwa mecze załapał się na przykład Waldemar Fornalik, ten na Wembley był jego ostatnim w roli selekcjonera (i dotychczas w ogóle ostatnim występem Polaków na tym stadionie), bo eliminacje mundialu w Brazylii przegrał chwilę przed nim, a chwilę po nim Zbigniew Boniek wymienił go na Adama Nawałkę.

Po słynnym Wembley ’73 to Łazarek był pierwszy, od niego więc zaczęliśmy, i nim zakończmy. Tunel tuż przed wyjściem na boisko. Polacy czekali już od pewnego czasu aż nadeszli gospodarze. Anglicy jak to oni – pewni siebie, wręcz butni, walą korkami, zagrzewają się do walki. Wśród nich wielki jak wieprzowa tusza Terry Butcher. Nawet nie krzyczy, drze się ile sił w płucach, chcąc przestraszyć i tak nie dość pewnych siebie Polaków. Na dźwięk bojowego wezwania jego kompani „rosną”.

Kosecki – polski rekordzista bojów z Anglią (6 meczów, 476 minut, na Wembley z trzema porażkami i bilansem bramkowym 0-8…) w swojej barwnej biografii historię z Butcherem opisuje tak: „Wali pięścią w metalową blachę, z której zrobiony jest tunel, i ryczy: Come on! Wygląda jak Russel Crowe w „Gladiatorze”. Słyszysz coś takiego i czujesz, że idziesz na wojnę. A dokładniej – że zaraz zetną ci głowę. W takich momentach masz dwa wyjścia – albo wycofujesz się z podkulonym ogonem, albo pokazujesz, że nie pękasz. Moi koledzy chcieli wybrać to drugie rozwiązanie. No właśnie – chcieli. Gdy Romek Wójcicki krzyknął piskliwym głosem: Na nich, chłopaki!, żaden Anglik raczej nie zadrżał. Wsadzili nam trójkę po golach Gary’ego Linekera, Johna Barnesa i Neila Webba…”.

No to na nich.

ZBIGNIEW MUCHA, PRZEMYSŁAW PAWLAK

TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (nr 11/2021)

Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 3/2026

Nr 3/2026

Polska Reprezentacja Polski

Gala „Piłki Nożnej” – Piłkarz Roku 2025 [NOMINACJE]

Jeśli ktoś 12 razy sięgał po tytuł, może być głodny kolejnego? Tak – jeśli nazywa się Robert Lewandowski. Z drugiej strony Matty Cash chyba nigdy nie grał tak dobrze jak w minionym roku, a Jakub Kamiński wyrósł na kluczowego zawodnika reprezentacji Polski.

2025.11.17 Malta
Pilka nozna Kwalifikacje Mistrzostw Swiata 2026
Malta - Polska
N/z Robert Lewandowski podziekowanie kibicom
Foto Marcin Karczewski / PressFocus

2025.11.17 Malta
Football - FIFA World Cup 2026 Qualifying round
Malta - Poland
Robert Lewandowski podziekowanie kibicom
Credit: Marcin Karczewski / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Reprezentacja Polski

Gala „Piłki Nożnej” – Trener Roku 2025 [NOMINACJE]

Wśród nominowanych nie ma Jana Urbana i Marka Papszuna, choć gdyby byli, taka decyzja też by się broniła. A skoro nie ma dwóch trenerów polskiej wagi ciężkiej, znaczy, że konkurencja jest ogromna.

2025.10.10 Katowice
Pilka nozna Reprezentacja Polski U21 Eliminacje Mistrzostw Europy U-21 Sezon 2025/2026
Polska - Czarnogora
N/z Jerzy Brzeczek
Foto Marcin Bulanda / PressFocus

2025.10.10 Katowice
Football Polish National Team U21 UEFA EURO 2027 Qualifying Season 2025/2026
Polska - Czarnogora
Jerzy Brzeczek
Credit: Marcin Bulanda / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Reprezentacja Polski

Gala „Piłki Nożnej” – Odkrycie Roku 2025 [NOMINACJE]

Dwóch nominowanych w tej kategorii już podpisało kontrakty z renomowanymi klubami zagranicznymi, a trzeci znajduje się na radarze poważnych firm zachodnioeuropejskich.

2025.10.09 Chorzow
Pilka nozna mecz towarzyski
Polska - Nowa Zelandia
N/z Jan Ziolkowski
Foto Tomasz Folta / PressFocus

2025.10.09 Chorzow
Football Friendly Game
Poland - New Zeland
Jan Ziolkowski
Credit: Tomasz Folta / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Reprezentacja Polski

Mateusz Bogusz znalazł nowy klub! Fabrizio Romano ujawnia

Mamy potwierdzenie od samego Fabrizio Romano! Mateusz Bogusz zmienia klubowe barwy.

2025.03.24 Warszawa
Pilka nozna, FIFA Kwalifikacje do Mistrzostw Swiata
Polska - Malta
N/z Mateusz Bogusz
Foto Mateusz Porzucek PressFocus

2025.03.24 Warszawa
FIFA World Cup qualification Poland - Malta
Polska - Malta
Mateusz Bogusz
Credit: Mateusz Porzucek PressFocus
Czytaj więcej

Polska Reprezentacja Polski

Wiśniewski rozchwytywany. Chcą go w Ekstraklasie i Serie A

Przemysław Wiśniewski nie może narzekać na brak zainteresowania. Stoper reprezentacji Polski trafił na celownik klubów z Ekstraklasy i Serie A.

2025.09.04 Rotterdam
pilka nozna Kwalifikacje Mistrzostw Swiata 2026
Holandia - Polska
N/z Przemyslaw Wisniewski
Foto Pawel Andrachiewicz / PressFocus

2025.09.04 Rotterdam
Football - FIFA World Cup 2026 Qualifying round
Netherlands - Poland
Przemyslaw Wisniewski
Credit: Pawel Andrachiewicz / PressFocus
Czytaj więcej