W piątym kolejnym sezonie Robert Lewandowski dobił do granicy 40 trafień! Polak, podobnie jak cały Bayern Monachium nie rozegrał w Berlinie wielkich zawodów, ale po końcowym gwizdku mógł się cieszyć ze zwycięstwa nad Unionem. Pierwszego gola strzelił oczywiście Polak, który nie tylko pewnym krokiem zmierza po miano najskuteczniejszego piłkarza Bundesligi, ale również zachowuje szanse na wyścig z ligową legendą.
Strzelał przed pandemią, strzela po wznowieniu rozgrywek (fot. Reuters)
Wygrane Borussii Dortmund i Borussii M’Gladbach sprawiły, że piłkarze Bayernu Monachium przystępowali do swojego spotkania w Berlinie pod lekką presją. Wiadomo było bowiem, że gdyby stracili punkty w starciu z Unionem, to ich przewaga w ligowej tabeli byłaby już minimalna, a walka o tytuł mistrzowski rozgorzałaby na nowo. Dla postronnych fanów byłaby to oczywiście znakomita informacja, na Allianz Arenie chcieli jednak uniknąć niepotrzebnych nerwów.
Z punktu widzenia polskiego kibica mecz miał szczególne znaczenie, ponieważ na boisku od początku oglądaliśmy w akcji dwóch naszych piłkarzy. Bramki gospodarzy strzegł oczywiście Rafał Gikiewicz, który już jakiś czas temu ogłosił, że żegna się z klubem. Starcie z takim rywalem jak Bayern było więc dla niego idealnym oknem wystawowym i możliwością ponownego zaprezentowania się szerokiej publiczności.
Gikiewicz musiał spodziewać się pracowitego popołudnia, ponieważ po drugiej stronie barykady na powiększenie swojego bilansu bramkowego czekał Robert Lewandowski. Przed przymusowym zawieszeniem rozgrywek „Lewy” mógł się pochwalić strzeleniem 25 goli w Bundeslidze, a to otworzyło mu drzwi do osiągnięcia dwóch bardzo konkretnych celów. Po pierwsze, Polak chciał zdobyć piątą armatę dla najlepszego snajpera ligi, a po drugie, wciąż liczył na pobicie lub przynajmniej wyrównanie rekordu słynnego Gerda Muellera.
Niemiec zdobył podczas sezonu 1970-71 40 goli w Bundeslidze i żeby go dogonić, Lewandowski musiał w dziewięciu pozostałych spotkaniach strzelić aż piętnaście bramek. Zadanie trudne, ale gdyby napastnik Bayernu wskoczył na taki poziom gry jak na początku rozgrywek, to mógłby się pokusić o podjęcie rękawicy.
Jak się okazało, konto strzeleckie „Lewego” powiększyło się jeszcze w pierwszej połowie. Po tym jak Neven Subotić sfaulował w polu karnym Leona Goretzkę, sędzia nie miał wątpliwości i wskazał na „wapno”. Lewandowski podszedł do piłki ustawionej na jedenastym metrze i uderzył na tyle precyzyjnie, że kompletnie zmylony Rafał Gikiewicz nie był w stanie zareagować.
Dla samego Polaka było to już 40 trafienie w tym sezonie. Taki wynik oznaczał, że 31-latek złamał magiczną granicę w piątej kolejnej kampanii. We wcześniejszych strzelał on odpowiednio 40, 41, 43 i 42 bramki.
Kolejny sezon, w którym Lewandowski łamie barierę 40 trafień. Piąty z rzędu, a przecież w tym ma jeszcze do rozegrania kilka meczów.
Po meczu z Unionem napastnikowi zostanie jeszcze osiem spotkań ligowych do rozegrania, a także – o ile będzie w ogóle taka możliwość – kilka meczów w Lidze Mistrzów i niewykluczone, że finiszowe starcia w DFB Pokal. To wystarczająco dużo czasu, by złamać kolejną granicę. 50 goli? Dlaczego nie.
Samo spotkanie w Berlinie – stwierdzając oględnie – wielkim widowiskiem nie było i wcale nie chodzi o to, że na trybunach zabrakło kibiców, którzy na pewno stworzyliby znakomitą atmosferę. Poziom meczu był długimi momentami bardzo słaby, a różnica między gigantem w postaci Bayernu i kopciuszkiem, w którego wcielił się Union nie była widoczna.
Zwycięstwo Bawarczyków przypieczętował w końcówce Benjamin Pavard, który znalazł się tam, gdzie powinien po wrzutce z rzutu rożnego i strzałem z bliska zmusił Gikiewicza do kapitulacji.
Bayern wygrał w stolicy i utrzymał bezpieczną przewagę nad grupą pościgową. Borussia Dortmund traci do lidera cztery punkty, Borussia M’Gladbach sześć, natomiast czwarty Lipsk ma już siedem „oczek” straty.
Hoeness spokojny o los gwiazdy. „Czuję się jak w domu”
Bayern Monachium pracuję nad nową umową dla Harry`ego Kane`a. W stolicy Bawarii są jednak optymistami ws. pozostania angielskiego napastnika na Allianz-Arena.