Po 66 dniach i długim wyczekiwaniu zawodnicy nareszcie wybiegli na bundesligowe boiska. Piłkarski weekend daleki był jednak od normalności.
Wrócili na boiska i puste stadiony (fot. Piotr Kucza / 400mm.pl)
MACIEJ IWANOW
To była pierwsza w historii kolejka rozegrana w całości bez udziału kibiców. Wnioski nasuwają się różne i obie strony sporu „grać czy nie grać” dostały do rąk kolejne argumenty. Spragnieni piłki otrzymali kilka ciekawych spotkań, demonstrację siły Borussii Dortmund czy niespodziankę w Lipsku. Z drugiej strony przeciwnicy restartu mogą triumfować, widząc marną atmosferę podczas meczów.
W oczekiwaniu na start
Od kiedy tylko kanclerz Niemiec, Angela Merkel wydala zgodę na wznowienie rozgrywek, przygotowania w klubach ruszyły pełną parą. Drużyny udały się na tygodniowe zgrupowania do hoteli. Wszystko zostało zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Przede wszystkim piłkarze mogli opuszczać hotele tylko na treningi. Unikano kontaktu z pracownikami, zawodnicy sami musieli sprzątać pokoje. Mieszkali w nich pojedynczo. Podczas posiłków czy odpraw zachowywano bezpieczny dystans.
Tymczasowa izolacja przyniosła skutek – nie pojawił się ani jeden nowy przypadek wirusa. Kwarantannie musiał poddać się tylko Claudio Pizarro z Werderu Brema, którego córka zachorowała. Sam piłkarz był od tego czasu dwukrotnie badany i za każdym razem miał negatywny wynik.
Zasady zasadami, ale ludzie są tylko ludźmi i musiały pojawić się zgrzyty. Heiko Herrlich, trener FC Augsburg, bez cienia zażenowania na konferencji prasowej oznajmił, że opuścił hotel, by kupić… pastę do zębów i krem. Nietrudno zgadnąć, że momentalnie rozpętało się medialne piekiełko, zwłaszcza że świeżo w pamięci był niedawny incydent z Salomonem Kalou i jego kolegami z Herthy. Sytuacja była na tyle absurdalna, że szkoleniowiec mógł bez problemu potrzebne rzeczy po prostu zamówić. Absolutną wisienką na torcie jest jednak fakt, że nie wiedział nawet o środkach ostrożności stosowanych w supermarketach, że wejść tam można tylko z koszykiem. Dopiero obsługa musiała zwrócić mu na to uwagę. W nagrodę za zakupową eskapadę nie mógł poprowadzić drużyny. Herrlich jest trenerem Augsburga od dwóch miesięcy, na meczowy debiut jeszcze chwilę poczeka. Jeden z piłkarzy Augsburga powiedział ostatnio, że nie miał jeszcze okazji do podania ręki nowemu trenerowi – brzmi kuriozalnie, ale akurat jest zrozumiałe. Nawet jeśli Herrlich uniknie poważnych konsekwencji, to jednak mając w pamięci słowa prezesa DFL, Christiana Seiferta: „jesteśmy na warunkowym i oczekuję, że wszyscy będą zachowywać się odpowiedzialnie” ludzie nieprzychylni wznowieniu rozgrywek dostali kolejny oręż. Środowisko piłkarskie będące na świeczniku, miało dać przykład i odpierać ataki, że jest traktowane preferencyjnie względem innych dziedzin w Niemczech.
Drugim trenerem, który nie mógł być obecny na meczu ze swoją drużyną był Urs Fischer, szkoleniowiec Unionu Berlin. Szwajcar musiał opuścić hotel z powodu śmierci teścia. Klub poinformował, że wróci do zajęć dopiero po drugim negatywnym teście na obecność wirusa.
Przed pierwszym gwizdkiem
Stadiony przeszły gruntowną reorganizację i zaczęły przypominać małe twierdze. DFL przygotowała jasne wytyczne. Areny bundesligowych zmagań podzielono na trzy części: przed stadionem, na dalszych trybunach i boisko razem z najniższymi trybunami. Kto dostał przepustkę na określony rejon, nie mógł go już opuścić. Przygotowano nawet harmonogram wchodzenia na obiekt. W sumie podczas meczu na i poza stadionem znajdować się miało maksymalnie trzysta osób (wliczając drużyny). Każdemu wchodzącemu na stadion była mierzona temperatura. Powyżej 38 stopni było niedozwolone. Dodatkowo każdy musiał wypełnić kwestionariusz – czy był chory, czy ma symptomy lub czy miał styczność z chorymi na koronawirusa. Paweł Rybak, od ponad 20 lat operator kamer na meczach w Niemczech, opowiadał w „Prawdzie Futbolu” o kulisach realizacji spotkań w dobie pandemii. Oprócz przepustek, mierzenia temperatury, operatorzy dostawali też na własność zestawy słuchawkowe, których będą używać już do końca sezonu. Na każdym kroku poustawiane były także automaty z płynem do dezynfekcji rąk. Nie prowadzono także cateringu. Zaciekawienie budziła sprawa chłopców do podawania piłek. Pojawiały się pół żartem, pół serio obawy, że zacznie obowiązywać prawo Pascala. Chłopców dotychczas było zawsze z reguły po dwunastu. Po wprowadzonych zmianach jest ich już tylko czterech – dwóch za bramkami i dwóch wzdłuż boiska. Dodatkowo muszą mieć ukończone 16 lat i naturalnie muszą być przebadani. Na przykład we Frankfurcie w przerwie zdezynfekowano wszystkie piłki.
Wiele drużyn na mecze jechało dwoma autokarami, by zachować odpowiedni dystans. Wszyscy podczas podróży nosili maseczki ochronne. Niektóre kluby musiały z powodu większych odległości lecieć samolotami, jak na przykład Freiburg do Lipska czy Bayern do Berlina. Mistrz Niemiec startował z wojskowego lotniska w Ingolstadt, a nie jak dotychczas z monachijskiego.
Piłkarze rezerwowi zamiast na ławkach zostali usadzeni na trybunach, skąd mieli później schodzić na rozgrzewkę i ewentualne zmiany. Naturalnie zachowując powtarzany już do znudzenia dystans i każdy z obowiązkową maseczką. Mogli je ściągnąć jedynie podczas rozgrzewki. Obrazki pokazywane w telewizji były dość absurdalne i przypominały poranny seans w kinie, gdy w sali siedzi zaledwie kilkunastu ludzi. Z trybunami pojawił się problem w Lipsku. Są położone na wysokości trzech metrów, piłkarze nie mieliby jak zejść. Dlatego klub postanowił wypożyczyć z miejscowego lotniska… schody pasażerskie. Zdjęcia zrobiły furorę w mediach społecznościowych. Ekstremalne sytuacje wymagają ekstremalnych rozwiązań. Na ławkach rezerwowych siedzieć mógł tylko najbliższy sztab – asystenci, lekarze i fizjoterapeuci. Na niektórych stadionach zostały one zresztą specjalnie wydłużone. Działacze podobnie jak rezerwowi musieli udać się na trybuny. Dyrektor sportowy Lipska Markus Kroesche po raz pierwszy nie oglądał meczu z ławki. Klub podszedł zresztą do zaleceń chyba najpoważniej ze wszystkich – w szatni gości zamontował nawet pleksę pomiędzy każdą z szafek. Konferencje prasowe naturalnie odbywały się wirtualnie.
Kolejne obostrzenie dotyczyło… klubowych maskotek. Dwie drużyny mają żywych pupili – Kolonia koziołka Hennesa, a Eintracht Frankfurt orła Attylę. Ze względów sanitarnych zrezygnowano z ich udziału w spotkaniach. Dla 1. FC Koeln było to pierwsze domowe spotkanie od 12 lat bez dopingu sympatycznego zwierzaka!
Interesujący był sposób przeprowadzania wywiadów przez reporterów. Żeby zachować odpowiednią odległość, mikrofon umieszczany był na długim kiju. Złośliwi zaczęli się zastanawiać, czy to jeszcze wywiady, czy już zawody wędkarskie. Tutaj też nie obeszło się bez lekkiego zgrzytu. Podczas gdy wszyscy reporterzy i operatorzy kamer nosili maseczki, prezes Borussii Dortmund Hans-Joachim Watzke opuścił ją pod brodę.
Spikerzy stadionowi wyczytywali składy drużyn w zasadzie tylko dla siebie. Pracownicy klubów przecież je doskonale znają, a dziennikarze i tak dostają na kartkach. Norbert Dickel, spiker Borussii Dortmund, wprawdzie na początku z entuzjazmem wyczytywał kolejne nazwiska – tak jakby nic się nie zmieniło i miało mu odpowiedzieć 80 tysięcy kibiców, ale po kolejnych bramkach był już coraz bardziej powściągliwy.
Roland Palmert z „Bilda”, który obsługiwał mecz we Frankfurcie ze śmiechem podkreślał, że ewenementem jest fakt, iż mógł sobie wybrać dowolne miejsce do parkowania. Do tej pory musiał zawsze krążyć pod stadionem. Interesujące jest, że wszyscy we Frankfurcie dostali podręczne transpondery, które zaczynały świecić na czerwono, gdy ktoś podchodził na odległość mniejszą niż 1,5 metra.
Ruszyli!
Atmosfera na meczach przypominała letnie sparingi. Słychać było piłkarzy udzielających sobie rad, słychać było trenerów. Dla tych pierwszych było to dość niekorzystne, bo mikrofony wyłapały, gdy obrońca Schalke Jean-Clair Todibo nakazał napastnikowi Borussii Dortmund Erlingowi Haalandowi „iść pier****ć swoją babcię”.
O ile przebieg spotkań był całkiem normalny, to jednak otoczka wokół nich była niecodzienna – widowiska wiele na tym straciły. Dzieci wyprowadzające piłkarzy? Zapomnijcie. Kapitanowie podający sobie rękę i wymieniający proporczyki? Zapomnijcie. Wymieniać można bez końca. Nie ma sensu jednak zżymać się na obostrzenia, bo były uzasadnione, ale bez tej całej otoczki dostaliśmy trochę wybrakowany towar. Niemiecka telewizja Sky pokazująca mecze Bundesligi, wpadła na pomysł, by do komentarza dodać nagrane odgłosy trybun. Wypadło to dość obiecująco. Pytanie, czy niecenzuralne przyśpiewki kibiców Borussii Dortmund na temat Schalke były wynikiem premedytacji realizatorów, czy jednak trochę przysnęli.
DFL wydała zalecenia, by piłkarze nie celebrowali gola w sposób, jaki znaliśmy do tej pory. Większość drużyn się do tego stosowała, ale już zawodnicy Herthy dali się ponieść chwili. Obrazek Dedricka Boyaty całującego kolegę obiegł cały świat. Ale tak naprawdę trudno ich za to krytykować. Vedad Ibisević, napastnik berlińskiej drużyny, w pomeczowym wywiadzie dla klubowej strony internetowej powiedział: – Długo czekaliśmy na wznowienie rozgrywek, a potem zdobywasz bramkę. Bardzo ciężko kontrolować swoje emocje w takich chwilach. Przykro mi, ale jesteśmy pełnokrwistymi piłkarzami, a nie robotami – mówił. A wtórował mu trener Herthy, Bruno Labbadia: – Emocje są elementem gry – tłumaczył. Poza tym przy walce w polu karnym, przy rzutach rożnych czy wolnych dochodziło do podobnego kontaktu pomiędzy piłkarzami. I choć niektórzy wpływowi niemieccy dziennikarze byli oburzeni, według rzecznika DFL nie planuje się żadnych kar dla Herthy.
Z kolei po skończonych Revierderby piłkarze Borussii podeszli jak zawsze pod słynną Gelbe Wand „podziękować” kibicom. Julian Brandt: – Jesteś pomysłowy, gdy wygrywasz. Z jednej strony inspirujący obrazek, z drugiej – smutny. Obawiano się zachowania kibiców i nielegalnych zgromadzeń pod stadionami, zwłaszcza podczas derbów Zagłębia Ruhry. Ale fani drużyn stanęli na wysokości zadania i place świeciły pustkami.
Po meczu i co dalej?
Pierwsza kolejka po długiej przerwie pokazała, że przy wznowieniu rozgrywek absurd będzie regularnie mieszał się z profesjonalizmem. Ale nawet jeśli większość obostrzeń to czysta kurtuazja i jest tylko na pokaz, dzięki nim bundesligowa lokomotywa mogła ruszyć z miejsca. Geisterspiele były dalekie od zwykłych meczów, ale też i pojęcie normalności zmieniło się diametralnie w ostatnich kilku miesiącach. Cały świat patrzył na niemieckie boiska – weekendową kolejkę oglądano w ponad 160 krajach, w tym po raz pierwszy w Anglii wszystkie mecze na żywo. Przekaz jaki płynie z relacji jest taki, że inni po prostu zazdroszczą. Bundesliga jest pionierem, Niemcy mogą być z tego powodu dumni. Cytując Waltera Stratena z „Bilda”: – Kto by pomyślał, że mecze przy pustych trybunach mogą być produktem eksportowym?
W samych Niemczech multiligę udostępnioną przez Sky w otwartym paśmie oglądało na żywo ponad 6 milionów osób, stacja miała ponad 60-procentowy udział w rynku. Dla porównania multiligę z ostatniej kolejki oglądało… 860 tysięcy.
Armin Laschet, premier Nadrenii-Północnej Westfalii w programie „Bild Live Bundesliga”: – Opłacało się zrestartować Bundesligę. Liga przygotowała perfekcyjny koncept. Właśnie takiego ostrożnego dążenia do odpowiedzialnej normalności pragniemy. Miejsca pod stadionami były puste. To pokazuje, że kibice i ultrasi zareagowali bardzo odpowiedzialnie.
Lukas Podolski dodał: – Jako Bundesliga, jako Niemcy po raz kolejny udowodniliśmy, że mamy dyscyplinę, organizację i spójność.
Nie ma jednak mowy o popadaniu w samozachwyt, nawet jeśli już słychać wypowiedzi niektórych polityków, że możliwe by było wpuszczenie kibiców od września przy zachowaniu odpowiednich odstępów. Choć oznaczałoby to, że stadiony nie będą pełne, to jednak stanowczo za wcześnie na takie rozważania. Wprawdzie tendencja epidemii w Niemczech jest spadkowa i kraj sobie bardzo dobrze radzi, ale szybko można stać się lekkomyślnym i mieć fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Cytując znowu Stratena: – Kolejka jest wygrana, sezon jeszcze nie.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (NR 20/2020)
Sensacja w Monachium! Bayern przegrał z Augsburgiem [WIDEO]
Bawarczycy doznali pierwszej porażki w sezonie 25-26. Pierwszymi pogromcami ekipy Kompany'ego okazał się derbowy rywal – FC Augsburg, który w ostatnim kwadransie zdobył dwie bramki na wagę trzech punktów.