„Sąsiedzi”. Pamiętacie taką czechosłowacką kreskówkę o dwóch uroczych ciamajdach – Pacie i Macie? Kultowa bajka dla pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków. Dwóch niezdarnych, acz niezwykle pomysłowych sąsiadów, potrafiło zepsuć absolutnie wszystko, by potem, w sposób zupełnie niestandardowy, próbować zapobiec totalnej katastrofie, co oczywiście zazwyczaj im się udawało. No bo w końcu bajki jak to bajki – powinny mieć happy-end. W Bundeslidze też mamy takich sąsiadów, którzy z każdym kolejnym rokiem coraz mocniej upodabniają się do tamtych „Sąsiadów” z kreskówki. Pat HSV i Mat Werder. Jesienią psują spektakularnie co się tylko da, a na wiosnę gonią w piętki, by się tylko jakoś z tego wykaraskać. No i na razie się udaje. Na razie…
Co się dzieje z Werderem? (fot. Imago/Sportfotodienst/Reuters/Forum)
Więcej powodów do uśmiechu (nie mylić z radością) dawał postronnym jak dotąd HSV. Werder odgrywał rolę drugoplanową, a bremeńskie wpadki ginęły w zalewie gaf popełnianych przez klubowych funkcjonariuszy z Hamburga. Początek piłkarskiej wiosny wskazuje, że w tym sezonie może być jednak zgoła inaczej. Hamburg wreszcie dokonał rozsądnych transferów na pozycje, na których od lat miał największe braki, czyli środek defensywy i defensywna pomoc, a Markus Gisdol okazał się pierwszym od lat trenerem HSV, który zdał sobie w końcu sprawę z tego, że opieranie defensywy na Johannie Djourou, to jak budowa domu na terenach zalewowych. Z jego pracy w Hamburgu są do tego stopnia zadowoleni, że dyrektor sportowy HSV Jens Todt mówi już o rozmowach w sprawie przedłużenia umowy, obowiązującej póki co tylko do końca bieżącego sezonu. I o ile w Hamburgu, po wielu latach chaosu, można się powoli doszukiwać pierwiosnków normalności i stabilizacji, o tyle w Bremie o żadnej stabilizacji nie ma mowy. Zamiast pierwiosnków, wyłażą chwasty.
Ryba psuje się od głowy, zacznijmy więc od dyrektora sportowego, byłego wieloletniego zawodnika zielono-białych, Franka Baumanna. Zastąpił on w maju 2016 roku Thomasa Eichina, któremu nie po drodze było z trenerem Viktorem Skripnikiem. Mimo utrzymania w lidze, Eichin chciał Skripnika zwolnić, na co nie chciał pozwolić przewodniczący rady nadzorczej Werderu Marco Bode, notabene także wieloletni piłkarz klubu, a można by wręcz rzec, że jego legenda. Eichin więc musiał zwijać żagle. Stery za niego przejął Baumann. Najpierw, w lipcu, przedłużył umowę ze Skripnikiem, po czym we wrześniu zwolnił go po czterech pierwszych meczach sezonu, w których Werder poniósł same porażki, odpadając między innymi w kompromitujący sposób z rywalizacji o Pucharu Niemiec z trzecioligowym Sportfreunde Lotte. Tymczasowym następcą Skripnika mianował nikomu bliżej nie znanego, dotychczasowego trenera rezerw, Alexandra Nouriego i jak często w takich sytuacjach bywa, w tej tymczasowości tkwią tak obaj do dziś.
Nouri dał się przez te kilka miesięcy poznać jako trener, który nie ma ani klarownej wizji taktycznej, ani… szczęścia. W 17 meczach pod jego wodzą Werder aż pięciokrotnie dawał sobie strzelać gole w ostatnich trzech minutach meczów, co kosztowało zespół utratę pięciu punktów. Tak na dobrą sprawę trudno dziś też powiedzieć, jaka jest jego filozofia i jaką piłkę chce zaszczepić drużynie. Na początku pracy ustawiał ją przez kilka meczów w systemie 4-1-4-1, by po serii trzech porażek dołożyć drugą szóstkę i przejść na 4-2-3-1, względnie 4-4-2, co wiązało się także z powrotem do zdrowia Claudio Pizarro. Wydawało się przez moment, że to jest właśnie ta formuła, której szukał. Drużyna w pięciu kolejnych meczach zdobyła aż 9 punktów. Jednakże z początkiem rundy wiosennej Nouri, ni stąd ni zowąd, przestawił zespół na system z trzema środkowymi obrońcami, najpierw z jednym defensywnym pomocnikiem, a potem z dwoma. Trudno w tym wszystkim uchwycić jakąkolwiek linię, trudno dopatrzeć się konsekwencji w poczynaniach trenera i trudno zrozumieć jego decyzje, bo przestawiając zespół na grę w systemie z trójką środkowych obrońców, wytrącił mu atut w postaci znakomitego jesienią na lewym skrzydle Serge’a Gnabry’ego, który niemal w pojedynkę dźwigał na barkach ofensywę bremeńczyków. Na wiosnę Gnabry został przesunięty do środka, najpierw na dziesiątkę (tam grał w meczu z Borussią Dortmund), a potem nawet na ofensywną ósemkę, co mocno ograniczyło możliwości wykorzystania jego podstawowego atutu, jakim jest szybkość.
Trudno też powiedzieć, by ustawienie Werderu było zależne od rywala, skoro zmienia się co kilka meczów i utrzymuje się przez kilka kolejnych. W niedzielnym wydaniu Doppelpassa sporo miejsca poświęcono kryzysowi w Werderze. Eksperci zastanawiali się nad wyborami Nouriego i nie mogli się nadziwić, że akurat przeciwko Borussii Moenchengladbach, która pod wodzą Heckinga znowu stawia na kontry, gospodarze zaczęli mecz w ustawieniu z trzema środkowymi obrońcami, pozostawiając gościom mnóstwo wolnej przestrzeni na bokach, obstawionych przez bardzo szybkich bocznych pomocników, czyli Fabiana Johnsona i Patricka Herrmanna. A przecież już tydzień wcześniej było do Nouriego mnóstwo pretensji za powierzenie roli środkowego obrońcy nominalnemu… lewoskrzydłowemu Ulissesowi Garcii, o którym wiadomo, że dobrze i szybko biega, potrafi grać w piłkę, ale nie umie bronić, co akurat Augsburg skrzętnie wykorzystał i strzelił po jego błędach dwa gole. Nouri mówił po meczu, że chciał mieć na pozycji środkowego obrońcy lewonożnego zawodnika, który potrafiłby wyprowadzić piłkę spod swojej bramki. Podobnie eksperymenty z Hlouskiem na pozycji środkowego obrońcy tłumaczył swego czasu Alexander Zorniger w Stuttgarcie. Skończyło się to źle i dla Zornigera, który stracił pracę i dla Hlouska, który poszedł w odstawkę i dla Stuttgartu, który w konsekwencji spadł z ligi.
Bilans Nouriego jest zatrważający dla kibiców Werderu. Sześć ostatnich meczów bez wygranej, cztery kolejne porażki na wiosnę, spadek w tabeli na miejsce barażowe, ledwie 16 punktów zdobytych w 17 meczach i aż 42 stracone gole sprawiają, że niemiecka prasa wali w niego jak w bęben. „Die Welt” wyliczył, że pod względem średniej punktowej na mecz, jest to najgorszy trener w historii klubu, a „Bild” zapowiada, że porażka z Mainz będzie go kosztować posadę. Potwierdzają to niejako słowa Baumanna. Do niedawna stał on murem za Nourim, zrzucając winę za wiosenne niepowodzenia na piłkarzy. Wczoraj jednak jego słowa brzmiały już zupełnie inaczej: – Nie ma ani żadnego ultimatum dla trenera, ani też żadnej gwarancji – powiedział w rozmowie ze Sky Sport. Nouri zdaje sobie chyba doskonale sprawę z tego, o jaką stawkę zespół będzie grał w sobotę w Moguncji.
Nie tylko jednak Baumann i Nouri muszą się uderzyć w piersi. Piłkarze także. Baumann faktycznie ma trochę racji, oczekując od piłkarzy, by nie zasłaniali się osobą trenera. Werder ma bowiem wystarczający potencjał kadrowy do tego, by nie mieć w zasadzie żadnych problemów z utrzymaniem się w lidze. Zresztą, ze zdobywaniem goli bremeńczycy nie mają kłopotów. Zajmujący 3. miejsce w tabeli Eintracht strzelił przecież ledwie jednego więcej. Problemem, co widać jak na dłoni po liczbie straconych goli, jest defensywa. Tylko raz w tym sezonie Werderowi udało się zakończyć mecz bez straty gola. Z jednej strony to oczywiście kwestia organizacji gry defensywnej, a z drugiej jednak także i jakości piłkarskiej. Bo o ile wiele klubów może Werderowi zazdrościć Krusego, Gnabry’ego, Delaneya czy Junuzovicia, o tyle nikt raczej w Bundeslidze nie byłby zainteresowany ściągnięciem do siebie w kontekście pierwszego składu Feliksa Wiedwalda na bramkę, Lamine Sanego czy Milosa Veljkovicia na środek defensywy czy 36-letniego już Clemensa Fritza na szóstkę. No, może tylko Darmstadt, choć gdyby tak się dłużej zastanowić, to wyjdzie, że akurat na wyżej wymienionych pozycjach Lilie wcale nie mają gorszych piłkarzy.
O powadze sytuacji w Bremie świadczą także statystyki. Tylko raz w historii klubu zdarzyła się taka sytuacja, by Werder przegrał cztery kolejne mecze na inaugurację piłkarskiej wiosny. Było to w sezonie 1979-80. Wtedy Werder spadł z ligi. Po raz pierwszy i jak na razie jedyny. Jak na razie…
Bayern rusza po potrójną koronę! Bawarczycy w finale Pucharu Niemiec
Kilka dni temu Bayern Monachium dopiął swego w Bundeslidze. W Lidze Mistrzów wciąż ma szanse na puchar, a teraz mistrzowie awansowali do finału Pucharu Niemiec.
Jakub Kamiński na stałe w FC Koln? Są nowe informacje niemieckich mediów
Sezon 2025/26 Jakub Kamiński spędzony na wypożyczeniu z Wolfsburga do FC Koln. Polak radzi sobie na tyle dobrze w zespole z Kolonii, że ten myśli o jego wykupie definitywnym.