Styl, w jakim Jesse Marsch przedstawia się obserwatorom europejskiego futbolu, jest nie tylko efektem wizji potężnego koncernu, lecz również wskazówką dla wielu innych ambitnych trenerów.
MICHAŁ ZACHODNY
„Łączy nas piłka”
Macie zbyt wiele szacunku do rywala! Ile fauli popełniliśmy w pierwszej połowie? No ile? Dwa, trzy? Zbyt wiele szacunku do rywala! – krzyczy Marsch do piłkarzy. A pewnie jest jedynym, który zarzuciłby im brak odwagi w starciu z Liverpoolem na Anfield. Przecież przyjeżdżały tam większe kluby i bardziej doświadczone drużyny, które nie decydowały się na grę wysokim pressingiem, na budowanie akcji złożonych z szybkich i krótkich podań, na podejmowanie tak wielu pojedynków. Przyjeżdżały, by nie przegrać zbyt wysoko.
W końcu to Anfield – od dwóch lat w Premier League twierdza drużyny, której wpadki zdarzyły się wyłącznie w krajowych pucharach: z Chelsea i… West Bromwich Albion. Gdy na początku sezonu z Liverpoolem na wyjeździe zmierzyło się Norwich City, beniaminek Premier League, również planował grać odważny, otwarty futbol. Do przerwy stracił pięć goli…
Jednak Marsch domagał się jeszcze większej odwagi i zdecydowania. Wejście wślizgiem w Sadio Mane, zaatakowanie łokciem Virgila van Dijka… Ważne by pokazać rywalom, że jest się równorzędnym przeciwnikiem. I w otwierającym drugą część spotkania kwadransie, Salzburg to zrobił: jeszcze przy golu na 2:3 Juergen Klopp się uśmiechał, pewnie widząc kopię akcji swojej drużyny. Po kilku minutach był już jednak remis i Niemcowi mina zrzedła. Chociaż ostatecznie mistrz Austrii przegrał, odrobienie trzech goli na Anfield sprawiło, że cała Europa zwróciła na niego uwagę. Zadziałało to skuteczniej, niż wygrana 6:2 na inaugurację LM z Genkiem.
Marsch podziwia Kloppa, konsekwencję w pracy Niemca, to jaką aurę potrafi roztaczać wokół siebie, jak panuje nad zespołem i jaką wprowadza do niego atmosferę. A jednak szkoleniowiec Liverpoolu zapytany o popularny filmik z przerwy meczu z Salzburgiem z szatni gości, mówi, że gdyby ktoś z jego klubu coś takiego opublikował, następnego dnia on zrezygnowałby z pracy. Owszem, podobnie wyrażał się, komentując ubiegłoroczny serial pokazujący mistrzowski sezon Manchesteru City, ale też trudno nie odebrać tego jako różnicy kulturowej między Niemcem a Amerykaninem. Ten drugi wychował się w kraju, gdzie uwielbia się tego typu przemowy, naturalnych liderów, mówców.
Po wspomnianym nagraniu, które błyskawicznie rozeszło się po internecie i jest zapowiedzią serialu o klubie z Salzburga, Marsch zyskał popularność, ale sam zdawał się być nią zażenowany – jakby odwracało to uwagę od jego drużyny i wykonanej pracy. Jest pierwszym Amerykaninem, który prowadzi drużynę w Lidze Mistrzów. Jeszcze pół roku temu, gdy w Salzburgu zaczęły krążyć informacje, że może objąć zespół, na trybunach pojawiły się transparenty sprzeciwiające się temu pomysłowi. Po zwycięstwie z Genkiem we wrześniu część fanów skandowała: USA!
Marsch jest bardzo amerykański. W europejskim futbolu nie jest to jednak komplement, bo szkoleniowcy ze Stanów Zjednoczonych tylko w wyjątkowych przypadkach zaglądają na Stary Kontynent, a i MLS nie jest rozpatrywana jako będąca na równi nawet z przeciętnymi zespołami z Anglii, Włoch czy Niemiec, choć niewątpliwie futbol za oceanem dynamicznie rośnie.
– Wszyscy mi tu mówią: jesteś taki amerykański – tłumaczył w wywiadzie dla „The Athletic”. – Myślę jednak, że nawet w Stanach Zjednoczonych jestem obcy. Tak naprawdę nie ma tam zbyt wielu trenerów, którzy utożsamiają się z ideą bycia liderami. Mam własną filozofię liderowania, gry w piłkę i staram się to połączyć, by stworzyć coś unikalnego w każdym klubie, w którym pracuję.
Szkoleniowiec miał szczęście, że trafił właśnie na klub, który jest projektem tożsamym pod względem piłkarskiej filozofii z jego poprzednim miejscem pracy. Przez trzy lata prowadził nowojorską filię Red Bulla, gdzie uczył radzić sobie z kryzysami. Zresztą tak samo rozwijał się Marco Rose, trenując młodzieżowe drużyny Salzburga, następnie seniorów, by wreszcie dostać szansę w Bundeslidze, choć już w Borussii Moenchengladbach.
Kandydaturę Marscha w Salzburgu fani rozpatrywali negatywnie z dwóch powodów: pierwszym jest narodowość, drugim – jest to kolejny sygnał wpływów Ralfa Rangnicka. Niemiec w poprzednim sezonie prowadził RB Lipsk, i w trakcie rozgrywek do współpracy zaprosił właśnie byłego szkoleniowca nowojorskiego oddziału piłkarskiego Red Bulla. Miało to swój cel: przygotowanie Marscha do wyzwania, jakim będzie przeniesienie się do kultury europejskiej, tak pod względem życiowym, jak i futbolowym. Paradoksalnie, poznając 45-latka, można zrozumieć, że w pierwszej kwestii mogło być łatwiej. Jest on wiecznie uśmiechnięty, zadowolony i pełen energii, a do tego z unikalnym podejściem do życia. – Rozwijam się przez ciągłe wychodzenie ze strefy komfortu – powtarza. Kiedyś wraz z żoną oraz trójką dzieci wyjechali na całe lato w podróż po Europie, Indiach i Egipcie.
Już w Niemczech czuł się doskonale, choć porównanie Lipska do Nowego Jorku wydaje się absurdem. – Tu jest fantastycznie. Moje życie w New Jersey było bardzo skomplikowane. Codziennie trzy godziny spędzałem stojąc w korkach. Samochód był na dobrą sprawę moim biurem. Przez to cierpiał mój kręgosłup. Teraz droga do pracy zajmuje mi osiem minut – opowiadał pół roku temu.
Bycie asystentem Rangnicka było idealnym wprowadzeniem do szaleństwa Bundesligi i wymagań w europejskim futbolu. – Ralf jest geniuszem pod względem myślenia o futbolu. Gdy spotkałem go po raz pierwszy, otworzył mi oczy na to, jak wiele szczegółów jest w futbolu. Pozwoliło mi to wzmocnić moje drużyny aż do osiągnięcia właściwej wersji mojej filozofii. Jest nią kontrpressing, bardzo agresywny, bardzo bezpośredni, świetny bez piłki. Staram się być nauczycielem, który jest jednocześnie trenerem, bo to pasuje młodym zawodnikom. Lubię mówić dużo o mentalności, byciu liderem i rozwoju. Tworzę środowisko, w którym wszyscy wzajemnie się napędzają – mówił.
Podejście Marscha potwierdzał Tayler Adams, czyli 20-letni Amerykanin, który w podobnym okresie trafił do Lipska i… również z Nowego Jorku. – Na początku ogromnie mi pomogło to, że w klubie był trener z mojego kraju, który zdecydował się mnie zatrudnić, gdy miałem 15 lat. Dobrze mieć osobę, która jest wzorem. Odkąd poznał język, jeszcze bardziej mi pomagał, sam zresztą prowadził zespół w części spotkań. Dobrze widzieć, jak się rozwija – opowiadał Adams oficjalnemu serwisowi Bundesligi.
Amerykańskim trenerom w Europie renomy nie zrobił Bob Bradley, którego pamięta się z 85 dni pracy w Swansea City w 2016 roku – w tym czasie zdobył tylko osiem punktów, a zespół stracił w jedenastu spotkaniach aż 29 goli. Angielskie serwisy kpiły z akcentu Bradleya, nie potrafiąc zrozumieć, jak człowiek z takim doświadczeniem dostał takie stanowisko. A mowa była o trenerze, który pracował wcześniej w Europie, prowadził reprezentację Stanów Zjednoczonych oraz Egiptu. Bradley był również jedną z większych inspiracji Marscha.
Przykład 45-latka pokazuje jednak, jakiego rodzaju trenerzy są teraz poszukiwani: odważni, z własną filozofią, chętnie stawiający na młodzież i ofensywny futbol. I przede wszystkim potrafiący rozwijać zawodników, nie tylko szukający wzmocnień poprzez transfery. Wobec postępującego rozwarstwienia finansowego w europejskiej piłce między klasą średnią a najbogatszymi klubami, taki sposób funkcjonowania zdaje się być dla wielu najlepszym sposobem na przetrwanie. Te umiejętności stają się ważniejsze od paszportu.
– Jeśli prowokuję zawodników do rozwoju, to zmuszam ich również do zaangażowania się całymi sobą, do myślenia o tym, czym jest bycie częścią tej grupy. Sam również muszę o tym myśleć, poświęcić się na każdym kroku. A kiedy pokażę swoją słabość, że nie jestem idealny, że popełniam błędy, przez barierę językową, kulturową czy jakąkolwiek inną, zrozumieją, że nikt nie musi być idealny. Częścią rozwoju jest zrozumienie, że będzie popełniało się błędy. To najważniejsze aspekty mojej filozofii bycia liderem – opowiadał w kolejnym wywiadzie. Nawet oglądając jego krótkie, dwuminutowe wystąpienie, można było być pod wrażeniem, pamiętając także, że to tylko wycinek całej przerwy, że on sam zapowiadał wskazanie taktycznych aspektów w grze Salzburga, które pomogły drużynie po przerwie. Nie jest to trener wyłącznie od pięknego gadania o ambicjach, ale ma także analityczny umysł.
Oczywiście wszystkie filie Red Bulla nie muszą się martwić o przetrwanie, ale na tym budują wizerunek: na młodzieży, szybkości i energii. Z taką grą oraz podejściem chcą być utożsamiane. Marsch mówi: „Red Bull sprawił, że głowa mi eksplodowała”. O tym, że takie podejście działa, świadczą liczby koncernu: „Forbes” wyceniał go na kilkadziesiąt miliardów dolarów, w Stanach Zjednoczonych ma on niemal połowę wpływów na rynku napojów energetycznych. A w środowisku futbolowym coraz rzadziej słyszy się narzekania na taki sposób budowania marki, wbijania się do głów piłkarzy i w kulturę piłkarską. Owszem, w Niemczech na trybunach stadionów Bundesligi protesty kibiców rywali Lipska są wciąż widoczne, ale w Austrii Red Bull Salzburg stał się już chlubą kraju za występy w Lidze Mistrzów.
Na Anfield w wyjściowej jedenastce wybiegło czterech Austriaków, na ławce był piąty – mało, ale z tym w piłce klubowej trzeba się liczyć. Dużo ważniejsza była niska średnia wieku zespołu (24,4), również to, że w drugiej połowie na boisko wybiegli 19-, 21- i 22-latek. Międzynarodowy skauting oraz sposób kształcenia wedle określonej filozofii jest najmocniejszą stroną tamtejszej szkółki, z której korzystali również… piłkarze Liverpoolu, konkretnie Sadio Mane i Naby Keita.
Także dlatego Marsch obawiał się tego starcia. – Będzie to okropne, ponieważ wszystkie rzeczy, które my wykonujemy dobrze, oni wykonują jeszcze lepiej. Postaramy się jednak sprawić im problemy – zapewniał i obietnicę wraz z zawodnikami spełnił. Dla niego był to powrót sentymentalny, bo na tym stadionie już kiedyś był, jako 15-letni chłopak przyjechał do Liverpoolu wraz z drużyną na turniej. Tamtego dnia wracał ze stadionu z koszulką znanego klubu i kawałkiem murawy, który udało mu się wyrwać w trakcie wycieczki. Tym razem zdobył coś znacznie cenniejszego, pewnie wartego więcej niż trzy punkty – wzmocnił reputację swoją i całego klubu.
Tymoteusz Puchacz od września jest zawodnikiem azerskiego Sabah FK i pokazuje się z bardzo dobrej strony. Wygląda na to, że dojdzie do transferu definitywnego.
Pietuszewski się nie zatrzymuje! Kapitalna asysta Polaka [WIDEO]
Oskar Pietuszewski z asystą w meczu jego FC Porto z Bragą. Polak popisał się świetnym dograniem do Williama Gomesa, a chwilę wcześniej kapitalną długie podanie zaliczył Jakub Kiwior.
Miłosz Trojak: Najbardziej tęsknił będę za koreańskim jedzeniem [WYWIAD]
Po trzydziestce pierwszy raz wyjechał pograć poza krajem. Opuścił Koronę Kielce, ruszając na drugi koniec świata do Korei. Tamtejsza kultura zrobiła na nim duże wrażenie, sportowo też zaliczył awans: może pochwalić się występami na Klubowych Mistrzostwach Świata i w Azjatyckiej Lidze Mistrzów.