Kiedy ostatnio rywal tak wodził Borussię Dortmund za nos i to na jej stadionie? Można przypominać sobie klęski BVB z Bayernem u siebie, czy słabsze mecze w Lidze Mistrzów w poprzednich sezonach. Można wspomnieć o niedawnym laniu na Wembley od Tottenhamu, ale w żadnym z tych meczów Borussia nie dała się rywalowi aż tak zdominować, jak w pierwszych 30 minutach meczu z Bayerem Leverkusen w ostatniej lutowej kolejce Bundesligi.
Nie pamiętam meczu, w którym BVB miałaby na własnym boisku 28% posiadania piłki. Jeśli przyjmiemy w przybliżeniu, że piłka w trakcie meczu jest w grze przez 2/3 ogólnego czasu, wyjdzie nam, że w ciągu pierwszych dwóch kwadransów podopieczni Luciena Favre’a cieszyli się z grania w piłkę przez jakieś 6 minut. A mówimy o drużynie, która obok Bayernu ma w lidze średnio najczęściej futbolówkę.
Koniec końców Bayer wykonał w tym meczu dwukrotnie więcej podań (727 do 360), oddał więcej strzałów (13 do 9), dwukrotnie częściej miał piłkę przy nodze (67% do 33%), a szanse bramkowe, jakie sobie w tym meczu wypracował, były groźniejsze niż te, stworzone przez Borussię (1,26 do 1,07 w expected goals wg statystyk understat.com), ale akurat w tej najważniejszej rubryce okazał się być gorszy. Przegrał mecz wbrew liczbom. Jak mawia Uli Hoeness – piłka nożna to nie geometria. I całe szczęście.
Księżniczka w dziurawych pończochach
– Wygraliśmy, choć cierpieliśmy – mówił po meczu trener Borussii Favre, a Zorc dodawał, że okres naporu Bayeru wcale nie wynikał z założeń taktycznych BVB, a właśnie z jego dobrej gry: – Grając w domu, zawsze chcemy dominować – przekonywał dyrektor sportowy Borussii. „Kicker” z kolei napisał w poniedziałkowej relacji, że w początkowym okresie meczu Bayer otarł się o perfekcję. Tylko się otarł, bo nie spuentował tego okresu zdobyciem bramki. Borussia była o wiele bardziej konkretna – przeprowadziła tylko dwie groźne akcje, ale wyszła na prowadzenie, a kiedy je straciła, niemal natychmiast dołożyła drugiego gola. Tyleż świadczy to o jej klasie, co jednak też i o słabościach ekipy prowadzonej przez Petera Bosza (na zdjęciu). Słabościach, które w Dortmundzie znają wręcz na wylot. Ekipy prowadzone przez Holendra są niczym piękne księżniczki w cudownych, balowych sukniach, pod którymi chowają jednak często dziurawe pończochy. Ale żeby je odkryć, trzeba być nielichym kozakiem. Ich ekstremalny pressing (w meczu z Borussią pozwalali rywalowi średnio na wymianę tylko 7 podań na własnej połowie w jednej akcji, a FSV Mainz tylko 5) ma na celu nie tylko szybki odbiór piłki i wyprowadzenie kontry, ale także trzymanie przeciwnika jak najdalej od własnej bramki. Także po to, by zatuszować niedostatki defensywne. Jeśli masz w składzie piłkarzy odpornych na pressing, którzy mimo mocnego nacisku ze strony rywala potrafią wyjść z piłką z własnego przedpola, to możesz Bayerowi zrobić krzywdę. Jeśli nie – pomódl się i licz na przychylność niebios.
O ile Borussia Bosza w wersji beta straciła powab po zaledwie 6 meczach, o tyle fani Bayeru mogą żywić uzasadnione nadzieje, że hossa ich drużyny potrwa nieco dłużej. Bo choć Bayer zna na boisku tylko jedną marszrutę, to jednak nie otwiera przeciwnikowi na oścież wrót do własnej bramki, jak to zwykła robić BVB przed rokiem. Po pierwsze, obrona nie gra aż tak ekstremalnie wysoko, a po drugie – kadra Bayeru znacznie lepiej przyjmuje filozofię Holendra. Choćby dlatego, że nie jest ona dla zawodników niczym nowym. Za Rogera Schmidta grali przecież bardzo podobnie, przynajmniej w zakresie odbioru piłki po stracie, a w kadrze pozostało jeszcze wielu piłkarzy z tamtego okresu. Różnica między futbolem Schmidta a piłką Bosza jest naturalnie widoczna, bo Schmidtowi nie zależało na posiadaniu piłki. Jego Bayer często wykorzystywał długie piłki, nawet kosztem straty, po to tylko, by jak najszybciej założyć na przeciwniku kontrpressing. Bayer Bosza prezentuje oczywiście o wiele wyższą kulturę gry, bo nie oddaje rywalowi piłki za darmo.
Klucze do sukcesu
Piłkarze Borussii nie mogli się przekonać do pomysłu taktycznego Bosza i głośno przeciwko niemu protestowali. Ofiarą nowego systemu padł zwłaszcza Julian Weigl, który zupełnie nie radził sobie z wytycznymi trenera i znacząco wyhamował w sportowym rozwoju. U Tuchela miał prostsze zadania. Musiał „jedynie” przetransportować piłkę ze strefy obronnej wyżej, w czym jest absolutnie znakomity. U Bosza zaś po stracie był zobligowany natychmiast ruszać do przodu i – w myśl zasady 5 sekund – czym prędzej odebrać rywalowi piłkę. I tu wychodziły jego największe mankamenty, czyli brak agresji w pojedynkach i niewystarczające do takiej gry tempo. To sprawiało, że system BVB nie był szczelny, a jeśli w tak ekstremalnych ustawieniach jeden trybik nie współgra z innymi, to cały mechanizm zaczyna szwankować. Tworzą się wolne przestrzenie, które rywal na tym poziomie potrafi bezwzględnie wykorzystać. W Bayerze Bosz ma łatwiej, bo może korzystać z usług Charlesa Aranguiza, piłkarza zdecydowanie bardziej agresywnego i dynamiczniejszego od Weigla, który też świetnie czuje nowy system. Można się zastanawiać, czy gdyby Bosz miał w zeszłym sezonie takich piłkarzy do dyspozycji, jakich ma obecnie u siebie Favre (przede wszystkim Thomasa Delaneya, Axela Witsela i Manuela Akanjiego), to czy do dziś nie prowadziłby drużyny z Dortmundu?
Nie można oczywiście powiedzieć, że Holender przyszedł w Leverkusen na gotowe, ale na pewno rozpoczynał pracę z zupełnie innego pułapu niż w Dortmundzie. Fundamenty zostały wylane wcześniej, można więc było z miejsca zacząć stawiać ściany. Bosz przyjechał do Niemiec z autorskimi planami budowy i dokonał paru autorskich poprawek w projekcie. Najważniejsze posunięcia to oczywiście znalezienie nowych ról i pozycji dla Juliana Brandta i Kaia Havertza. Ten pierwszy miał za sobą bardzo trudne pół roku. Grywając u Herrlicha na skrzydle, nie robił w Bayerze żadnej różnicy. Zaliczył stagnację, nie wygrywał dryblingów, nie kreował sytuacji, nie strzelał goli… Havertz z kolei co rusz pokazywał niewyobrażalny potencjał, ale też poniekąd szukał swojego miejsca na boisku. Herrlich próbował go zarówno na prawym skrzydle, jak też na dziesiątce czy ósemce. Ponieważ to znakomity piłkarz, na każdej z nich radził sobie bez zarzutu, brakowało mu jednak stabilizacji. Bosz postanowił zacieśnić ich współpracę na boisku i zrobił z obu graczy środka pola. W parze funkcjonują wręcz doskonale, także dlatego, że są piłkarzami o odmiennej charakterystyce.
Brandt ma kapitalny zmysł do poruszania się między liniami. Często przemieszcza się w poprzek boiska, robi nawroty i zmienia kierunek biegu, a kiedy otrzyma piłkę, potrafi dzięki nienagannej technice przyspieszyć grę zagraniem z klepki, ewentualnie dograć zaskakującą piłkę do partnerów z drużyny. Jego najlepszą wizytówką był niedawny mecz z Mainz, w którym strzelił dwa gole i dwa kolejne wypracował. Zwłaszcza bramka na 4:1 ukazała jego nieprzeciętny talent. Kapitalnie przyjął piłkę, obracając się jednocześnie w kierunku bramki przeciwnika, balansem ciała zwiódł jednego rywala, błyskawicznie zagrał na ścianę z Vollandem, czym wyprowadził w pole drugiego i wyszedł sam na sam z bramkarzem. Uczta dla oczu. Ustawiając Brandta na ósemce, Bosz trafił w 10. – Trener mówi mi, na co mam zwracać uwagę na tej pozycji, ale daje mi też dużo swobody. Mogę swobodnie interpretować moją rolę na boisku – opisuje współpracę z Holendrem. Ta swoboda przekłada się na konkretne liczby. U Herrlicha na skrzydle, Brandt kreował w meczu średnio 2,4 okazji kolegom w meczu. U Bosza liczba ta skoczyła do 4,0, czyli o ponad 66%! Ponadto, w rundzie jesiennej, w 17 meczach w lidze strzelił tylko jednego gola, a trzy kolejne wypracował. W rundzie wiosennej zaś w 6 spotkaniach trafił trzy razy, a cztery kolejne dograł. Potężny skok.
Havertz natomiast gra w sposób bardziej wertykalny. Jest ofensywniejszą częścią tej pary. Lubi i umie wychodzić na prostopadłe piłki. Szuka wolnej przestrzeni nie tyle między formacjami rywala, co między piłkarzami danej linii. Tak właśnie zdobył kluczowego gola w meczu z Fortuną Duesseldorf. To piłkarz z potencjałem na bycie topowym na świecie graczem typu box-to-box. Jeśli pojawi się na rynku, kluby będą się zabijać o jego usługi. Ubiegłotygodniowy „SportBild” podał, że minimalna kwota, jaką trzeba będzie za niego wyłożyć, to 65 milionów euro, ale brzmi to raczej jak zachęta dla klubów z Anglii czy Bayernu. Tyle że Rudi Voeller na każdym kroku podkreśla, że nie ma mowy, by latem oddał Havertza komukolwiek. I całkiem możliwe, że mówi prawdę, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że Julian Brandt będzie miał w najbliższym okienku klauzulę odejścia z klubu i to najprawdopodobniej niższą, niż 30 milionów euro, co przy jego rozkwicie w ostatnim czasie czyniłoby go nader atrakcyjnym dla wielu mocniejszych od Bayeru klubów.
Liga Mistrzów priorytetem
Tak czy inaczej, latem do Leverkusen będzie spływało sporo ofert, a przed Voellerem wyjątkowo gorący okres, w którym będzie musiał wykazać się nie tylko asertywnością, ale i dyplomacją w rozmowach z agentami. Będzie miał o wiele więcej argumentów, jeśli uda się drużynie ukończyć sezon w pierwszej czwórce i zakwalifikować się do rozgrywek Ligi Mistrzów. To jest cel nadrzędny. Nie chodzi już nawet tylko o finanse, ale przede wszystkim o to, by utrzymać trzon zespołu. Trudno będzie wytłumaczyć Havertzowi, Brandtowi, Aranguizowi czy Baileyowi, że Bundesliga to w sumie też jest fajna, a i w Lidze Europy można przeżyć ciekawą przygodę.
I tutaj znajduje się klucz do zrozumienia słabej postawy Bayeru w Pucharze Niemiec i Lidze Europy. Trudno racjonalnie wytłumaczyć fakt, dlaczego drużyna będąca w takim gazie i ogrywająca w lidze Bayern, parę dni później przegrywa w krajowym pucharze z drugoligowym Heidenheim lub też odpada w rywalizacji europejskiej z przeciętniakiem z Krasnodaru. Być może to nazbyt śmiała teoria, ale całkiem prawdopodobne, że w Leverkusen doszli do wniosku, iż z tak wąską kadrą nie da się godzić wielu celów. Nie twierdzę, że Bayer celowo odpadł z obu tych rywalizacji. Twierdzę tylko, że nie zrobił w tych meczach wszystkiego, by awansować dalej. Nie zagrał na 100% możliwości. Trzeba mieć na uwadze, że futbol Bosza jest wyniszczający dla jego piłkarzy, zarówno pod względem psychicznym jak i fizycznym. Psychicznym, bo Holender wymaga od piłkarzy koncentracji w każdej sekundzie meczu. Kiedy zespół zakłada pressing na piłkę, nikt nie może się spóźnić. Każdy musi ruszyć do przodu i zablokować odpowiednią strefę. Wystarczy jedno słabe ogniwo, jeden fałszywy ruch i cały mechanizm przestaje działać. Do takiej gry trzeba mieć wyśmienitą podbudowę fizyczną. Piłkarze Bayeru regularnie pokonują w tym roku około 125 kilometrów w meczu (w spotkaniu z Borussią Moenchengladbach przebiegli nawet ponad 128), znacząco bijąc przy tym średnie ligowe dotyczące sprintów i intensywnych przebieżek. O ile jednak na początku rundy tych sprintów wykonywali ponad 300 (odkąd robi się tego typu pomiary, nikt nigdy nie przebiegł w Bundeslidze zespołowo ponad 300 sprintów w meczu), o tyle w ostatnich czterech meczach widać wyraźny spadek pod tym względem. I o ile mecz z Fortuną nie może być brany za wyznacznik, bo goście nie zmusili Bayeru do intensywnego biegania, o tyle wskaźniki biegowe Leverkusen za mecz z Borussią, są nieporównywalnie gorsze od tych, uzyskiwanych w pierwszych meczach rundy. W hicie 23. kolejki wykonali „tylko” 239 sprintów, pokonując nimi dystans 4,4 km i jest to drugi najgorszy wynik w rundzie, tuż po wskaźnikach za mecz z Fortuną. W pierwszych czterech kolejkach rundy Bayer regularnie pokonywał w maksymalnym tempie 5 kilometrów, a w meczach z Bayernem i Wolfsburgiem zbliżał się nawet do 7! Czyżby pierwsze zwiastuny zadyszki? Trudno będzie jednak Bayerowi utrzymać taką intensywność do końca sezonu (a z obciążeniami związanymi z grą w innych rozgrywkach byłoby jeszcze trudniej), dlatego mimo dobrej gry w ostatnim czasie, kwalifikacja do Ligi Mistrzów nadal stoi pod dużym znakiem zapytania. Nie sposób jednak nie doceniać ich starań. – Chcę, żeby moi podopieczni grali w piłkę, a nie kopali ją, tak jak ja to robiłem – zwykł mawiać Bosz. No i trzeba przyznać, że grają. I to jak!
TOMASZ URBAN, KOMENTATOR ELEVEN
TEKST UKAZAŁ SIĘ W NAJNOWSZYM WYDANIU TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”
Cudowna interwencja Polaka w Bundeslidze! Majstersztyk [WIDEO]
FSV Mainz wygrało 2:1 z RB Lipsk na wyjeździe, a pełne 90 minut dla zwycięzców rozegrał Kacper Potulski. Polak popisał się też kapitalnym wślizgiem w końcówce meczu.
Bayern zdecydował ws. Harry’ego Kane’a. Rozmowy już trwają
Włodarze Bayernu Monachium są niezwykle zadowoleni ze współpracy z Harry’m Kane’em. Jego aktualny kontrakt wygasa za półtora roku, ale Bawarczycy już teraz chcą zapewnić sobie usługi Anglika na kolejne lata.