Żal, przez który przebija nadzieja dla Górnika [FELIETON]
Górnik zalazł bogaczom z Fenerbahce za skórę. Pokazał więcej niż można było oczekiwać i pozwolił swoim kibicom poczuć się prawie jak za dawnych lat. Prawie, bo z jedną różnicą. Tym razem nie doczekali szczęśliwego zakończenia. Ale jeśli zespół Gasparika utrzyma trend, to i na to powinien przyjść czas.
Największym przedmeczowym zaskoczeniem był brak w składzie Górnika Maksyma Chłania. Dziennikarze na trybunie prasowej w Zabrzu zastanawiali się co za tym stoi, ale Michal Gasparik wiedział co robi. Trzymał ukraińskiego pomocnika wierząc, że przyjdzie w drugiej połowie moment, w którym jego świeżość i dynamika może rozstrzygnąć nie tylko o losach meczu, ale i całej rywalizacji. Pewnie inaczej sobie wyobrażał okoliczności, liczył że Górnik o ile sam nie strzeli gola, to będzie twardo trzymał 0:0, ale ostatecznie i tak z koncepcją trafił. Zabrzanie wprawdzie szybko stracili bramkę z karnego, po której długo bezradnie bili głową w mur, ale pod koniec pierwszej połowy ten twardy beton zaczął jednak pod ich naporem kruszeć i udało się wyrównać.
FOT. Jarosław Tomczyk
W drugiej połowie był taki moment kiedy Feberbahce rozklepało obronę Zabrzan, Kerem Akturkoglu znalazł się w polu karnym sam na sam Philippem Schulze, strzelił po ziemi, a niemiecki bramkarz zanotował najlepszą interwencję od kiedy pojawił się w Zabrzu. I właśnie wtedy obecność Chłania pozwalała kibicom do końca żywić nadzieję, że da się dokonać niemożliwego i przynajmniej zmusić Żółte Kanarki do zagrania dogrywki. Nie doszło do tego, ale komplet widzów na Arenie Zabrze mógł czuć się jak w latach wielkich europejskich występów ich klubu. Na logikę to nie powinno się zdarzyć. Jak mówił na przedmeczowej konferencji Michal Gasparik, w porównaniu do pierwszego meczu zmieniło się tylko to, że teraz Górnik grał w domu, ale różnica między jakością piłkarską rywali pozostała. Jeśli tylko jeden rezerwowy piłkarz Fenerbahce Mason Greenwood kosztował 15 milionów euro więcej niż wyceniana jest cała kadra Górnika to trudno było żywić racjonalne nadzieje, że boisko zdoła to zniwelować.
Ostatecznie faktycznie nie zniwelowało, ale Górnik swoim występem zostawił sporo powodów do optymizmu. Pokazał, że nawet po sprzedaży czołowych zawodników nie musi być skazany na nie wiadomo jak długi czas zabliźniania ran po stratach. Dał argumenty, że do europejskiej kampanii jest dobrze przygotowany fizycznie, a i piłkarskich argumentów ma na tyle by zasadnie marzyć o miejscu w co najmniej Lidze Konferencji. Będzie to jednak musiał potwierdzić już w kolejnym tygodniu, gdy zapewne znów czeka go bitwa, choć teraz już tylko o Ligę Europy. W tej sytuacji może i dobrze, że w Zabrzu wykorzystali możliwość regulaminową i przełożyli ligowy mecz w Kielcach z Koroną. Po takim boju jak z Fenerbahce czas na regenerację i spokojny trening na pewno się przyda.
Osobny akapit należy się Zabrzańskim kibicom, szczególnie tym najbardziej zagorzałym. Dopingowali kapitalnie, to jest poza wszelką dyskusją. Racowisko, które spowodowało przerwanie meczu na kilka minut po bramce Taliski z karnego, też od najgorszej biedy można by jeszcze jakoś zdzierżyć. No ale wywieszenia transparentu prowokacyjnej treści, nawiązującego do wydarzeń w Stambule, za które ich klub otrzymał karę 50-ciu tysięcy euro, zdroworozsądkowo wytłumaczyć się już nie da. No chyba, że czują się mocniejsi i bogatsi niż UEFA. Ciekawe czy podobało się to Lukasowi Podolskiemu?