W sezonie 2018-19 był wyróżniającą się postacią w drugoligowym GKS Bełchatów, z którym wywalczył promocję na zaplecze ekstraklasy. Smaku pierwszej ligi jednak już nie poznał, bo jako jedyny z drużyny awansował o dwa poziomy rozgrywkowe wyżej – do Wisły Płock.
Foto: Jakub Gruca/400mm.pl
Spokojny, pracowity, poukładany, uparcie dążący do wyznaczonego celu – Damian Michalski to jedno z większych objawień rundy jesiennej i jeden z wygranych przepisu o młodzieżowcu. Człowiek, który był anonimem przychodził do PKO Bank Polski Ekstraklasy jako środkowy obrońca, ale został przestawiony na lewą stronę defensywy i radzi sobie tam całkiem poprawnie. Jesienią rozegrał 18 meczów, strzelił trzy gole, zaliczył asystę, czym przebił już statystyki swojego brata Seweryna.
Na szansę nie musiał długo czekać. – Jestem cierpliwą osobą – mówi Michalski. – Nie miałem wrażenia, że Ekstraklasa to za wysokie progi, nie zniechęcałem się. W trzeciej kolejce trener na mnie postawił, szybko wkomponowałem się w zespół. Transfer do Wisły dał mi pozytywnego kopa. Wszystko potoczyło się bardzo szybko, przeprowadzka, nowi koledzy w szatni, których wcześniej znałem tylko z telewizji czy mediów społecznościowych, debiut, pierwszy gol, aż trudno uwierzyć, że tak dobrze się to ułożyło. Chrztu nie miałem, choć byłem przygotowany na kilka rozwiązań, więc latem regularnie ćwiczyłem śpiewanie, a repertuar mam obszerny – wspomina z uśmiechem.
Urodził się i wychował w Bełchatowie. Od dziecka kibicuje tamtejszemu GKS. Na pierwszy mecz tata zabrał go zanim skończył siedem lat. Później był pierwszy trening w bełchatowskiej akademii, pierwsze mecze w zespole orlików, następnie trampkarzy, juniorów i w końcu debiut w I drużynie.
– Jako mały chłopak wyprowadzałem piłkarzy na boisko, później podawałem piłki. To było niesamowite uczucie, kiedy mogłem iść obok Dariusza Pietrasiaka czy Łukasza Garguły, który w tamtych czasach był moim idolem. Ta ekipa zrobiła przecież największy sukces w historii klubu, wywalczając wicemistrzostwo Polski. Ludzie w mieście byli tym mocno poruszeni. Do mistrzostwa zabrakło tak niewiele…
Od początku przygody z futbolem wyróżniał się umiejętnościami na tle rówieśników, ale nigdy nie był najlepszy. Zdarzały się indywidualne wyróżnienia, ale częściej po statuetki sięgali inni. Karierę w profesjonalnej piłce zrobił jednak tylko on. Reszta kolegów gra w niższych ligach, pracują, studiują, prowadzą normalne życie.
– Ja też studiuję na Wyższej Szkole Zarządzania i Coachingu we Wrocławiu, która współpracuje z Polskim Związkiem Piłkarzy. Jestem na pierwszym roku, specjalizację będę wybierał za kilka miesięcy. Nauka jest ważna, trzeba rozsądnie podchodzić do życia. Jeśli jest możliwość pogodzenia futbolu z nauką, dlaczego z tego nie skorzystać? Nie jestem wyjątkiem na uczelni. Ze mną na roku jest chociażby Mateusz Spychała z Korony Kielce, a wyżej są mój brat Seweryn czy Łukasz Sapela.
Do Płocka został sprowadzony, aby poszerzyć wachlarz młodzieżowców. Urodził się w maju 1998 roku, więc spełnia nowy przepis, ale tylko na sezon 2019-20.
– Zdawałem sobie sprawę, że przez ten rok będzie to moim atutem. Wiadomo, to trochę pomogło, gdybym jednak nie prezentował dobrego poziomu, nie dostałbym szansy i graliby inni. A co by było, gdyby nie ten przepis? Nie wiem, można gdybać. Miałem za sobą świetny sezon w Bełchatowie, w którym strzeliłem sześć goli i sumiennie zapracowałem na transfer. Na razie nie myślę o tym, co będzie od lipca, kiedy przestanę być młodzieżowcem. Jeśli będę w takiej dyspozycji jak jesienią albo i lepszej, dam trenerowi argumenty, aby dalej na mnie stawiał.
Od dziecka występował jako środkowy pomocnik. Gdy był juniorem został przestawiony na środek obrony i na tej pozycji pozostał do… lata 2019. Radosław Sobolewski postanowił przenieść go na bok obrony i się nie zawiódł. Początki były trudne dla Michalskiego, ale już po kilku spotkaniach zmienił nawyki, grał odważnie, zaczął nawet strzelać gole.
– Przy mojej pierwszej bramce w meczu z Wisłą Kraków kilka razy oglądałem się na sędziego asystenta, czy nie podniósł chorągiewki i czy nie sygnalizował pozycji spalonej. Gol może nie był najpiękniejszy, ale powtórkę oglądałem kilkadziesiąt razy. Mecze polskiej ligi śledzę zresztą regularnie, jestem wielkim fanem Ekstraklasy. W weekendy oglądam trzy-cztery spotkania, a w piątym gram. Żyję piłką 24 godziny na dobę.
W domu Michalskich od najmłodszych lat trwa rywalizacja pomiędzy Damianem a Sewerynem. Młodszy, czyli obecny obrońca Wisły Płock, miał marzenie, aby wyprzedzić brata pod względem liczby występów na najwyższym szczeblu, a także w liczbie goli. Udało mu się to po pierwszej rundzie.
– Rywalizacja między nami ma trochę formę żartu. Jesteśmy rodziną, kochamy się, szanujemy, jednak czasami przy obiadach rodzinnych lubimy sobie dogryźć. Kiedy ja na przykład gram mecz w sobotę i przegram, a Seweryn w niedzielę i wygra, kilkadziesiąt minut po spotkaniu do mnie dzwoni i się śmieje. To się pewnie nigdy nie zmieni – mówi defensor Nafciarzy, któremu niedawno trochę oberwało się od brata za… tytuł artykułu w „Przeglądzie Sportowym”. – Powiedziałem, że nie chcę popełnić błędu Seweryna. Może źle to zabrzmiało, dziennikarz trochę inaczej zinterpretował moje słowa. Brat się wkurzył, a mnie chodziło o to, że pojechał za granicę, a nie znał języka, ani flamandzkiego, ani angielskiego. Na tym jego błędzie chcę się uczyć, dlatego poświęcam dwie-trzy godziny tygodniowo na szlifowanie języka angielskiego. Może kiedyś się przyda.
Paweł Gołaszewski
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (nr 9/2020)
Remis w Lublinie! Motor wrócił do meczu i zadał dwa ciosy
Motor zremisował z Zagłębiem 2:2. ,,Miedziowi'' prowadzili w tym meczu już dwoma golami. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty i zafundowali emocjonującą końcówkę.