– Zawsze kojarzono mnie z sępem, czyli typem napastnika, który albo dostawia nogę bądź głowę do piłki dogranej przez partnerów, albo czatuje na błędy obrońców rywali. Mój sposób gry się nie zmienił. Natomiast Zagłębie jest dziś drużyną bez gwiazd i może dlatego mnie udaje się zdobywać bramki? – mówił Radosław Jasiński w rozmowie z redaktorem Dariuszem Łuszczyną w 1998 roku.
Sezon 1997/98 Radosław Jasiński zakończył z dorobkiem 13 bramek w lidze (FOT WŁODZIMIERZ SIERAKOWSKI/400mm.pl)
Rozmawiał Dariusz ŁUSZCZYNA
– Gra pan w zespole broniącym się przed spadkiem do drugiej ligi, a jednocześnie jest jednym z najskuteczniejszych strzelców ekstraklasy. Na czym ten fenomen polega?
– Jeszcze nie wymyśliłem recepty na strzelanie goli… Na pewno mam więcej doświadczenia niż dawniej. Ono pomaga w odpowiednim ustawianiu się w polu karnym przeciwnika. Zawsze kojarzono mnie z sępem, czyli typem napastnika, który albo dostawia nogę bądź głowę do piłki dogranej przez partnerów, albo czatuje na błędy obrońców rywali. Mój sposób gry się nie zmienił. Natomiast Zagłębie jest dziś drużyną bez gwiazd i może dlatego mnie udaje się zdobywać bramki?
– W 28 kolejkach tego sezonu strzelił pan 12 goli, co stanowi trzecią część pana zdobyczy w trakcie prawie sześciu lat gry w ekstraklasie. Skąd ta nagła progresja?
– Nie wiem! Sam jestem zaskoczony. Moje ostatnie przygotowania w przerwie zimowej niczym nie różniły się od poprzednich. Nie kładłem też szczególnego nacisku na trening strzelecki. Siłą Zagłębia jest gra zespołowa. Mamy dość mocną drugą linię, więc mogę liczyć na dokładne podania. Na przykład od bocznych pomocników – Bogusia Lizaka czy Maćka Nuckowskiego.
– Dlaczego, mimo liderowania w klasyfikacji ligowych strzelców, był pan – i nadal jest – krytykowany za… niezadawalającą skuteczność strzelecką?
– Gdybym potrafił wykorzystać większość okazji strzeleckich, jakie mam w każdym meczu, to grałbym w lepszym klubie! Zgadzam się z opiniami krytyków, którzy twierdzą, że już dzisiaj powinienem mieć dużą przewagę nad rywalami do tytułu króla strzelców sezonu 1997-98. Tyle tylko, że z podzielania tej opinii niewiele wynika. Może jedynie świadomość, że jestem zbyt słaby, by zasłużyć na powołanie do reprezentacji ligi na mecz z obcokrajowcami grającymi w polskich klubach…
– Zimą do Zagłębia przyszli między innymi: Dariusz Żuraw, Jero Shakpoke, Maciej Nuckowski i Arkadiusz Klimek, co – zdaniem wielu obserwatorów – zespół wyraźnie wzmocniło. Dlaczego zatem jeszcze w maju pana zespół musi walczyć o pierwszoligowy byt?
– Arek Klimek dołączył do nas dopiero tuż przed wiosenną inauguracją ligi. Natomiast pozostali „nowi” wcześniej grywali w drugiej lidze. Dlatego nie podzielam zdania, że dzisiaj nasz zespół jest zdecydowanie silniejszy od Zagłębia z rundy jesiennej. Przypomnę, że odeszli od nas i Radek Kałużny, i Zbyszek Czajkowski. W zeszłym roku Zbyszek wprawdzie leczył kontuzję, ale gdyby teraz z nami grał, to pewnie byłby jednym z wyróżniających się zawodników.
– Zapomniał pan o Pawle Woźniaku, który w styczniu odszedł do Legii?
– Nie zapomniałem… Woźniak był zawodnikiem Zagłębia przez cały zeszły rok. Ale ani nam nie pomógł, ani sam wiele nie osiągnął. Jego transfer do Legii na pewno nas nie osłabił.
– A jak z perspektywy czasu ocenia pan konflikt między Kałużnym a 19-letnim Woźniakiem?
– Sprawa została za bardzo rozdmuchana. Problem tkwi głównie w psychice tego młodego chłopaka. Woźniak przyszedł z Chrobrego Głogów w glorii wielce utalentowanego zawodnika, na którego trzeba chuchać i dmuchać. W Zagłębiu szybko obrósł w piórka, bo był pod szczególną ochroną działaczy szczycących się, że mają w zespole przyszłą gwiazdę. Na dodatek gwiazdę z Dolnego Śląska. No i Woźniak od pierwszego dnia pobytu w Zagłębiu nosił głowę wyżej niż mógł dosięgnąć. Nikt nie zapyta, dlaczego gwiazda dzisiaj gra w trzecioligowych rezerwach Legii?
– Pan kiedyś odbył podróż w odwrotnym kierunku – z Lubina do Głogowa. Czy to oznacza, że nie uchodził pan za wschodzącą gwiazdę z Dolnego Śląska i dlatego dzisiaj krytykuje Woźniaka?
– Będąc jeszcze juniorem, przeszedłem do Zagłębia z Iskry Pasikurowice. Miałem jednak znacznie dłuższą drogę do pierwszego zespołu niż Woźniak. W sezonie 1990-91 Zagłębie zdobyło mistrzostwo Polski. Drużyna była tak silna, że dla mnie, młodego zawodnika, brakowało miejsca nawet na ławce rezerwowych. Zostałem więc wypożyczony do Chrobrego, z którym najpierw wywalczyłem awans do drugiej ligi, a później w tej lidze się utrzymałem. Wróciłem do Lubina po półtorarocznym pobycie w Głogowie. Zdawałem sobie sprawę, że doświadczenia, jakie nabyłem w Chrobrym, kiedyś zaprocentują w ekstraklasie.
– Ale już po powrocie do Zagłębia nie potrafił pan ustabilizować formy. Czy właśnie z tego powodu ponownie – tym razem wiosną 1996 roku – został pan wypożyczony do drugoligowego Zawiszy Bydgoszcz?
– W Zagłębiu grałem… nijako. Jesienią 1995 nabawiłem się kontuzji i nawet nie zdążyłem zademonstrować swoich umiejętności Andrzejowi Strejlauowi, który właśnie został nowym trenerem naszego zespołu. W przerwie zimowej pan Strejlau zaproponował mi przeprowadzkę do Bydgoszczy. Zgodziłem się, gdyż chciałem grać, a nie walczyć o miejsce… na ławce rezerwowych Zagłębia. W Zawiszy miałem pozostać tylko do końca sezonu. Do Bydgoszczy pojechałem z rodziną, odpocząłem psychicznie. A w drugiej lidze przypomniałem sobie jak zdobywa się bramki. Niestety, Zawisza – mimo sporej szansy – nie awansował do ekstraklasy. Z tego głównie powodu nie byłem zainteresowany pozostaniem w tym klubie.
– Trenerem, który dał panu nową szansę w Zagłębiu, był Adam Topolski. Czym jego metody szkoleniowe różniły się od warsztatu Wiesława Wojno czy Andrzeja Szarmacha?
– Trener Topolski konsekwentnie na mnie stawiał. Lubił rozmawiać z zawodnikami. Nie były to tylko rozmowy oficjalne. Okres pracy trenera Wojno wspominam z niedosytem. Graliśmy w Mediolanie ze słynnym AC Milan. Każdy ze starszych stażem zawodników Zagłębia chciał w tym meczu wystąpić. Tymczasem trener Wojno zaufał nowym. Wprawdzie zagrałem na San Siro dwadzieścia minut, ale takiej szansy nie otrzymał na przykład Zbyszek Czajkowski, a Darek Lewandowski oglądał mecz z trybun. Natomiast trener Szarmach początkowo był trochę spięty. Dzisiaj dość swobodnie potrafi się z drużyną porozumiewać, choć dystans do zawodników zachował.
– W pana karierze nie ma ani wyraźnych wzlotów, ani upadków. Gra pan w przeciętnym zespole, który o wielkie cele nie walczy. Taka świadomość musi i nużyć, i nudzić. A może się mylę, gdyż Zagłębie właśnie przekształciło się w sportową spółkę akcyjną…
– Wokół tego przekształcenia było sporo szumu, ale my – piłkarze – żadnych zmian nie odczuliśmy. No, może poza tą, że klubowy autokar został chyba sprzedany, bo ostatnio na mecze jeździmy wynajętym. Pułap naszych zarobków odpowiada poziomowi sportowemu drużyny. Odnoszę wrażenie, że z sezonu na sezon coraz bardziej upodabniam się do piłkarza, który wegetuje w lidze podwórkowej. Kontrakt z Zagłębiem wiąże mnie do czerwca przyszłego roku. Chciałbym trafić do klubu, który walczyłby o bardziej ambitne cele. Nie wiem tylko, czy ewentualny, nowy pracodawca w ogóle dostrzeże, że ostatnio strzelam więcej goli niż wynosi polska przeciętna…
Remis w Lublinie! Motor wrócił do meczu i zadał dwa ciosy
Motor zremisował z Zagłębiem 2:2. ,,Miedziowi'' prowadzili w tym meczu już dwoma golami. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty i zafundowali emocjonującą końcówkę.