Kiedy jesienią zeszłego roku piłkarze chorzowskiego Ruchu przed ligowym spotkaniem z Legią w Warszawie wyszli na rozgrzewkę, część kibiców spod żylety powitała ich… oklaskami. Gest ten zdezorientował większość stałych bywalców stadionu przy Łazienkowskiej. „Niebiescy” nigdy przecież nie cieszyli się sympatią fanów Legii. Już w trakcie meczu okazało się, że brawa przeznaczone są dla jednego tylko zawodnika Ruchu, pomocnika SERGIUSZA WIECHOWSKIEGO. Ciekawe, że im lepiej na boisku spisywał się Wiechowski, tym aplauz w środkowym sektorze trybuny odkrytej nasilał się. Po meczu, który Legia tylko zremisowała 3:3, oklaskiwany piłkarz Ruchu witał się z kilkudziesięcioma kibicami drużyny gospodarzy.
Wiosną tego roku Legia przegrała z Ruchem w Chorzowie 2:3. Ale fanom Legii gorycz porażki… osłodził fakt, że do najlepszych zawodników na boisku należał zdobywca jednej z bramek dla Ruchu – Wiechowski. Pole do popisu mieli prześmiewcy, którzy natychmiast przypomnieli, że półtora roku wcześniej Legia mogła kupić Sergiusza – wychowanka warszawskiej Gwardii – za przysłowiową czapkę drobnych. Czyżby do tamtego transferu nie doszło tylko dlatego, że Wiechowski był zawodnikiem zaledwie trzecioligowym i na dodatek z Warszawy, co od lat kłóci się z polityką transferową Legii?
– W Legii odbyłem trzydniowe testy. Dzisiaj wiem, że na Łazienkowskiej pojawiłem się z polecenia byłego trenera Gwardii, Zygmunta Ocimka – mówi Sergiusz Wiechowski. – Wystąpiłem w meczu sparringowym. Nawet zdobyłem bramkę. Ale trener Jabłoński powiedział, że jeszcze nie nadaję się do gry w jego drużynie. Nie mam zamiaru tej opinii podważać, bo po prostu do testów nie byłem przygotowany. Akurat wtedy, wczesną jesienią 1996 roku, w Gwardii plan codziennych treningów przez kilka tygodni wymyślali piłkarze. Działacze poszukiwali szkoleniowca, więc każdy z nas trenował tak, jak było mu wygodnie. Po sprawdzianie w Legii pozostał mi niedosyt, choć z drugiej strony także żal, bo przecież tamtej jesieni Legia grała w lidze raptem z jednym niezłym rezerwowym. Mogłem dostać jeszcze jedną szansę, ale to już historia. Natomiast kibiców spod żylety dobrze znam dlatego, że z wieloma z nich grałem w warszawskiej lidze szóstek. Przyjaźnimy się do dzisiaj.
Kilka miesięcy po nieudanych testach Sergiusza w Legii, jego kartę zawodniczą wykupił z Gwardii prywatny sponsor. Był nim Krzysztof Kubowicz – kiedyś działacz znany z aktywności na rzecz drużyny „Orłów Górskiego”. Ówczesny prezes warszawskiej Gwardii, Maciej Makowski, pokwitował odbiór 60 tysięcy złotych. A Sergiusz wkrótce otrzymał dwie propozycje – z drugoligowej Ceramiki Opoczno i Ruchu Chorzów.
– Wybrałem Ruch. Pojechałem do Chorzowa i podpisałem kontrakt do 30 czerwca 1998. Ale już wiosną zeszłego roku trochę tej decyzji żałowałem. Trener Lenczyk liczył, że będę grał z lewej strony pomocy, bo takiego zawodnika wtedy w Ruchu brakowało. Tymczasem w pierwszych dwóch, trzech meczach wiosny z konieczności wystąpiłem na pozycji kryjącego obrońcy. Nie były to dla mnie udane spotkania. Później zostałem przestawiony na lewą pomoc i znowu wypadłem słabo. Trudno było mi się oswoić z ekstraklasą, więc często siadywałem na ławce rezerwowych. Na dodatek Ruch był poważnie zagrożony spadkiem do drugiej ligi. W każdym meczu tamtej rundy graliśmy z nożem na gardle. Przede wszystkim staraliśmy się nie stracić bramki. Większość zawodników ustawiała się w okolicach własnego pola karnego. Gęsta atmosfera, także wśród naszych kibiców, działała przygnębiająco…
Ruch dopiero w ostatniej kolejce wiosny 1997 zdołał uchronić się przed spadkiem. Wtedy nikt jeszcze nie przypuszczał, że „niebiescy” w nowym sezonie będą walczyli o zupełnie inny cel – prawo udziału w Pucharze UEFA. Czyżby w ciągu zaledwie kilku miesięcy pierwszoligowy poziom raptownie się obniżył?
– Już jesienią graliśmy na psychicznym luzie – twierdzi Wiechowski. – Uważam, że to była główna przyczyna naszych zwycięstw. Duży stres z poprzedniego sezonu i świadomość, że gorzej już być nie mogło, zamieniły się w komfort. Im więcej udawało nam się na boisku, tym każdy z nas czuł się pewniej. Wiosenne sukcesy Ruchu to także konsekwencja dobrego przygotowania zespołu w styczniu i w lutym. Trener Lenczyk zmienił ustawienie drużyny. Zostałem przesunięty do środka pomocy. Razem z Januszem Nawrockim odpowiadam za konstruowanie akcji spod naszego pola karnego. Na treningach głównie ćwiczę podania krzyżowe i prostopadłe. Trener rozlicza mnie ze skuteczności szukania takich rozwiązań na boisku, które znacznie ułatwiłyby zadanie napastnikom. Dzisiaj gra w pierwszej lidze już nie sprawia mi kłopotów, bo… do tej ligi zdążyłem się przyzwyczaić.
Kiedy Sergiusz miał 15 lat, grał w podwarszawskim Piasecznie. W drużynie… podwórkowej. Los zrządził, że wystąpił przeciw juniorom Gwardii Warszawa i, mimo że jego zespół przegrał aż 0:9, wkrótce po tym meczu przeniósł się do Gwardii. Niewiele brakowało, by tam rozmienił talent w trzecioligowej przeciętności. Ale sentyment do Warszawy, gdzie mieszka rodzina Wiechowskiego i jego znajomi, nadal u piłkarza pozostał. Nadal też jego marzeniem jest gra w Legii bądź Polonii. Ale…
– Ruch ma pierwszeństwo w wykupieniu mnie bądź przedłużeniu okresu wypożyczenia. Odbyłem już wstępną rozmowę z prezesem Rogalą i najprawdopodobniej pozostanę w tym klubie przynajmniej na następny sezon. Poza tym Legia i Polonia chyba mają nadmiar środkowych pomocników. W Warszawie bywam średnio dwa razy w miesiącu. W Chorzowie pracuję i coraz bardziej tę pracę cenię. Gdyby jeszcze udało się pograć w pucharach…
Remis w Lublinie! Motor wrócił do meczu i zadał dwa ciosy
Motor zremisował z Zagłębiem 2:2. ,,Miedziowi'' prowadzili w tym meczu już dwoma golami. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty i zafundowali emocjonującą końcówkę.