– Na dłuższą metę nie można jednocześnie trenować zawodników i walczyć z nimi o miejsce w składzie. Owszem, mógłbym jeszcze pobronić pół roku, czy rok, ale po co? W moim wieku organizm regeneruje się wolniej i każda kontuzja naraziłaby mnie na dłuższą rehabilitację. Nie chcę zostać kaleką – mówił MarekBęben w rozmowie z Leszkiem Orłowskim w 1998 roku.
(fot. W. Sierakowski/400mm.pl)
– Czy uwierzyłby pan, gdyby ktoś rok temu powiedział, że jednak rozegra pan ten trzechsetny mecz w ekstraklasie?
MAREK BĘBEN (Odra Wodzisław): – Chyba nie. Ale skoro nadarzyła się taka okazja, to nie widziałem powodów, żeby z niej nie skorzystać.
– Ostatni mecz w ekstraklasie przed tegorocznym powrotem rozegrał pan w Górniku Zabrze przeciw Legii na Łazienkowskiej, 15 czerwca 1994 roku. Decydował on o tytule mistrza Polski. Co pan robił potem?
– Po zakończeniu sezonu odszedłem z Górnika do Polonii Bytom, gdzie spędziłem rok. Potem przeniosłem się do Sosnowca, gdzie prowadziłem szkółkę bramkarską. Po pół roku jednak zadzwonił do mnie z propozycją powrotu do Bytomia trener Lorens, który właśnie przyszedł do Polonii i chciał ratować klub przed degradacją do trzeciej ligi, Wróciłem i udało nam się wyciagnąć Polonię nawet na piąte miejsce. Zostałem tam jeszcze pół roku, ale zimą musiałem opuścić klub, gdyż trenerowi Janowi Kowalskiemu nie odpowiadało to, że mam drugą pracę. Pomagałem już wtedy Edwardowi Lorensowi w opiece nad bramkarzami kadry młodzieżowej. Kowalski chciał, bym był w pełni dyspozycyjny i codziennie trenował z zespołem. Wybrałem powrót do Sosnowca i pracę u Lorensa, która mogła przynieść mi prestiż i pomóc w wyrobieniu trenerskiego nazwiska.
– Gdzie Lorens tam i pan…?
– Trener Lorens znał mnie doskonale choćby z okresu trenowania Polonii Bytom i wiedział o moim zamiłowaniu do pracy z bramkarzami. A ponieważ był zdania, że bramkarzy powinien szkolić człowiek, który potrafi to robić, gdyż on sam się na tym po prostu nie zna, to zaproponował mi współpracę. Jej zasady były takie, że miałem uczestniczyć w zgrupowaniach i wyjazdach, a gdy kadra miała wolne – normalnie grać w Polonii Bytom. Ale przyszedł moment, w którym musiałem z czegoś zrezygnować. Wróciłem do Sosnowca, gdzie przez pół roku w ogóle nie wchodziłem do bramki, bo świetnie spisywał się Robert Stanek. Jednak po sprzedaniu go do Hutnika Kraków zostało w klubie tylko dwóch bramkarzy – ja i mój syn – i czasem trzeba było stanąć między słupkami. Niestety nie udało się nam awansować do trzeciej ligi. Zimą tego roku trener Zbigniew Myga zaproponował mi powrót do Polonii. Po raz trzeci przyszedłem do tej drużyny. Tym razem walczyliśmy o awans. Niestety, przegraliśmy dwa mecze na wyjeździe, działaczom zagrzały się głowy. Zwolnili trenera Mygę, a ja dzień wcześniej dostałem propozycję z Odry Wodzisław. Nie dałem od razu odpowiedzi, bo chciałem skonsultować się z działaczami Polonii. Ale gdy dowiedziałem się, że zwolniony został Myga, natychmiast podjąłem decyzję o odejściu.
– Zanim porozmawiamy o Odrze zamknijmy wątek reprezentacyjny. Współpracował pan także z pierwszą reprezentacją Polski. Czy teraz, kiedy trener Lorens złożył dymisję z funkcji asystenta Janusza Wójcika, jest to zamknięty rozdział?
– Trener Wójcik od razu powiedział, że nie chce mieć jednego szkoleniowca bramkarzy, że będzie na tym stanowisku rotacja. Przede mną był Mowlik, Pocialik, potem trzy razy ja jeździłem na zgrupowania. Byłem w Gruzji i Mołdawii, na meczu ze Słowenią i w Chorwacji. Przed meczem z Rosją i zgrupowaniem w Świerklańcu nie otrzymałem żadnego telefonu, że jestem potrzebny, więc pewnie przyszła kolej na kogoś innego. Jeśli nie będę pracował z bramkarzami kadry, to nie zrobię z tego tragedii, aczkolwiek bardzo sobie ceniłem te zajęcie, także z tego powodu, że mogłem z zawodnikami przyjeżdżającymi zza granicy porozmawiać o nowych trendach w szkoleniu bramkarzy na Zachodzie.
– Czy to trener Albin Mikulski był animatorem zatrudnienia pana w Wodzisławiu?
– To była wspólna decyzja prezesa klubu i trenera, którzy kierowali się tym, że być może będę w stanie pomóc bramkarzom Odry w wyjściu z psychicznego dołka. Bardzo się też ucieszyłem, że w tym wieku potraktowano mnie jeszcze jako kandydata do bronienia w pierwszej lidze… Chyba zresztą słusznie. W czterech meczach zrobiliśmy 8 punktów, nie wyszedł nam dopiero piąty – z Polonią.
– W którym puścił pan bardzo dziwną bramkę…
– Był rzut wolny, chciałem przerzucić piłkę nad bramką, ale potoczyła się wzdłuż niej. Potem po zagraniu jej przez Olisadebe już ją miałem w rękach, ale Mikulenas wybił mi ją wślizgiem. Kątem oka widziałem, że sędzia główny wskazał faul na mnie. W tym momencie boczny pobiegł w kierunku środka boiska i główny bramkę uznał. Po meczu podszedłem do sędziego liniowego i zapytałem, czy nie widział faulu w polu bramkowym. Odparł, że to go nie interesuje i wskazał tylko, że piłka przekroczyła linię bramkową. Dziwne tłumaczenie…
(fot. W. Sierakowski/400mm.pl)
– Wszyscy zawodnicy podkreślają, że nawet tygodniowa przerwa w treningach wybija ich z rytmu. Tymczasem pan po kilku latach dosyć nieregularnego trybu życia, nagle w wieku 40 lat wchodzi do bramki drużyny pierwszoligowej i jest najlepszy na boisku. Czy to fenomen Bębna?
– Cały czas się ruszałem. Rzadziej wprawdzie ćwiczyłem pady, miałem mniej treningów specjalistycznych, ale utrzymałem formę i sprawność. W moim wieku nie trzeba dużo trenować. Wystarczy dobra rozgrzewka. Broni się dzięki doświadczeniu, ustawianiu się, kierowaniu obroną. Oczywiście trochę obawiałem się, czy podołam. Pierwszy mecz był z marszu. Czułem tremę, bo sytuacja Odry była nie do pozazdroszczenia i każdy mój błąd mógł drogo kosztować. Ale udało się zremisować z Wisłą. Dziś jest już zupełnie o’key, widzę też, że lepiej i spokojniej gra obrona, gdyż chłopcy wiedzą, że mają za plecami doświadczonego partnera.
– Jednak, o ile wiem, w przyszłym sezonie – niezależnie od sytuacji – nie stanie pan już między słupkami?
– Tak. Na dłuższą metę nie można jednocześnie trenować zawodników i walczyć z nimi o miejsce w składzie. Owszem, mógłbym jeszcze pobronić pół roku, czy rok, ale po co? W moim wieku organizm regeneruje się wolniej i każda kontuzja naraziłaby mnie na dłuższą rehabilitację. Nie chcę zostać kaleką.
– Wspomniał pan o synu, także bramkarzu…
– Z CKS Czeladź został wypożyczony do Zagłębia Sosnowiec, gdzie walczy o awans do trzeciej ligi. Według trenera – Marcin robi postępy, przykłada się do treningów. Ma 18 lat i wszystko przed nim.
– Jak pan pomaga Kłodzie i Primelowi przełamać kryzys?
– Trzeba zacząć od tego, że nie ma co się dziwić bramkarzowi, że nie czuje się najpewniej, gdy w jednym meczu puści pięć bramek, w drugim sześć. Po czymś takim każda jego interwencja jest pilnie obserwowana, narażony jest na docinki. To wpędza w stres. Na treningach staram się „zapewnić” bramkarzom jak najwięcej sytuacji „sam na sam”, dośrodkowań, trudnych strzałów, by broniąc je znów zaczęli wierzyć w swe siły. I wydaje mi się, że owa blokada ustępuje.
– Co dalej po zakończeniu kariery? Zajmie się pan pracą szkoleniową tylko z bramkarzami, czy też marzy o poprowadzeniu całego zespołu?
– Zawsze zajmowałem się tylko bramkarzami, mogę powiedzieć, że wiem, jak należy z nimi pracować. Praca pierwszego trenera jest bardzo stresująca, prezesi są wszędzie nerwowi… Nie jest mi to potrzebne do szczęścia.
Rozmawiał
Leszek ORŁOWSKI
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (nr 23/1998)
Remis w Lublinie! Motor wrócił do meczu i zadał dwa ciosy
Motor zremisował z Zagłębiem 2:2. ,,Miedziowi'' prowadzili w tym meczu już dwoma golami. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty i zafundowali emocjonującą końcówkę.