W polskiej ekstraklasie debiutował w 1995 roku jako 20-latek w barwach Śląska Wrocław. Po dwóch latach jego klub pożegnał się z ówczesną pierwszą ligą (dzisiejsza Ekstraklasa), ale on utrzymał się na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Tomasz Moskal został wypożyczony do GKS Katowice, a w „PN” trafił do rubryki „Młodzi zdolni”. Z napastnikiem rozmawiał Tomasz Szymanik w numerze 6/1998 tygodnika „Piłka Nożna”.
(fot. W. Sierakowski/400mm.pl)
– Czy chciałby pan, żeby Śląsk Wrocław awansował do ekstraklasy?
TOMASZ MOSKAL (GKS Katowice): – Powiem tak: jeżeli Śląsk wejdzie do pierwszej ligi, to najprawdopodobniej będę musiał wrócić do Wrocławia. Do Katowic jestem bowiem jedynie wypożyczony, a okres wypożyczenia kończy się w czerwcu.
– A pan wolałby kontynuować grę w Katowicach czy też w Śląsku?
– Chętnie wróciłbym do Śląska, ale pierwszoligowego. We Wrocławiu mam dom, rodzinę… Choć z drugiej strony, wydaje mi się, że w Katowicach wszystko jest bardziej poukładane.
– A jeżeli Śląsk nie awansuje?
– Gra w innych polskich klubach, poza Katowicami i Śląskiem, nie wchodzi w rachubę. Jeżeli Śląsk nie awansuje, to zostanę w Katowicach albo będę starał się wyjechać za granicę. Gra w drugiej lidze jest raczej niemożliwa.
– Powiedział pan, że chętnie wróciłby do Śląska, a jeszcze kilka miesięcy temu twierdził pan zupełnie co innego.
– Jak przyszedłem do GKS Katowice, to rzeczywiście powiedziałem, że mój powrót do Wrocławia nie jest możliwy. Ale teraz sytuacja wygląda inaczej.
– Trener Jerzy Kasalik, kiedy był jeszcze szkoleniowcem w Śląsku, powiedział, że to nie pan będzie decydował o swojej przynależności klubowej…
– Czytałem tę wypowiedź trenera Kasalika. W chwili, kiedy pan Kasalik to mówił, sytuacja wyglądała trochę inaczej. Wtedy we Wrocławiu trzymało mnie jeszcze wojsko. Trener był przeciwny nawet temu, by mnie wypożyczyć i właśnie z tego powodu doszło między nim a działaczami do znacznej różnicy zdań. Działaczom zależało po prostu na pieniądzach… Kasalik był pewny, że zostanie w Śląsku, awansuje do ekstraklasy i wtedy, jeżeli będzie chciał, to mnie ściągnie z powrotem.
– Grając w ataku GKS, zdobył pan pięć bramek w lidze. Jednak kilkakrotnie marnował pan sytuacje stuprocentowe…
– Zgadzam się. Trudno jest mi to wyjaśnić. Może to brak pewności siebie, brak doświadczenia? Początek sezonu miałem niezły, byłem dobrze przygotowany. A potem nastąpił spadek formy. Nie wykorzystywałem takich sytuacji, że głowa boli. Zresztą, cały zespół grał słabo. Nawet Jasiu Furtok nas wspomagał, a i tak nie mogliśmy zdobyć bramek.
– Mówił pan o braku pewności siebie, ale to właśnie pan był w rundzie jesiennej podstawowym napastnikiem GKS, do którego trener Piekarczyk dopasowywał drugiego. To by znaczyło, że to ten drugi piłkarz przedniej formacji czuł się niepewnie i musiał walczyć o miejsce w podstwowej jedenastce…
– Nie wydaje mi się, żebym miał pewne miejsce w składzie. Były takie mecze, kiedy bałem się, iż mogę usiąść na ławce. Właśnie dlatego, że marnowałem tak wiele sytuacji.
– Jednak to pan grał w każdym meczu, natomiast jako drugi napastnik występowali: Kubisz, Szczygieł, Polarz, Muszalik lub Furtok.
– Zgadza się. Trener widocznie szukał drugiego napastnika. Ale wydaje mi się, że chyba za szybko w klubie oczekiwano, że atak stworzy dwóch rozumiejących się i współpracujących piłkarzy. Myślę, że napastnik potrzebuje trochę czasu na ogranie. Czasami rotacje w ataku były wymuszone – w trakcie rundy na przykład rozchorował się Marcin Polarz. Marek Kubisz zagrał w kilku pierwszych spotkaniach, jednak później miał obniżkę formy, natomiast pozostali zawodnicy chyba zbyt rzadko otrzymywali szansę.
– Z którym napastnikiem najlepiej się panu współpracowało?
– Chyba z Markiem Kubiszem na początku rundy, a potem z Marcinem Polarzem.
– Wspomniał pan, że GKS grał słabo w rundzie jesiennej. Z czego to wynikało?
– Jest kilka przyczyn. Po pierwsze – sprawa Sławka Wojciechowskiego. W trakcie rozgrywek doznał kontuzji, pauzował również za czerwoną kartkę. To spowodowało, że cały zespół grał trochę gorzej. Gra opierała się głównie na Adamie Ledwoniu. Po drugie – nękały nas kontuzje, między innymi Adama Bały i Adama Kucza.
– A teraz odszedł Ledwoń. Czy to znaczy, że będziecie grać jeszcze gorzej?
– Wcale nie musi być gorzej.
– Kto będzie rozgrywał, dogrywał piłki do napastników?
– Sławek Wojciechowski, może Piotrek Plewnia. Czas pokaże.
– Ale jeśli Wojciechowski znowu będzie musiał pauzować, to wtedy linia pomocy nie będzie istniała…
– Przecież jest Pęczak, jest Olczak.
– Para Ledwoń – Wojciechowski decydowała o grze GKS…
– Adam niewątpliwie stanowił dużą wartość dla drużyny, trzymał to wszystko. Należy mieć nadzieję, że ktoś błyśnie formą i zastąpi Ledwonia. Nie będzie tak źle.
– W ostatnim okresie istnienia reprezentacji U-21 często był pan do niej powoływany. Obecnie tej drużyny już nie ma, a była ona bezpośrednim zapleczem pierwszej reprezentacji. Jak zatem widzi pan swoje szanse na grę w drużynie narodowej?
– Szanse zawsze są i trzeba stawiać sobie coraz wyższe cele. Jednak ja na razie o kadrze nie myślę. Koncentruję się na grze w lidze i pokazaniu tego, co naprawdę potrafię. Chcę udowodnić, że w Śląsku nie zaprezentowałem wszystkiego, a pragnę to „sprzedać” teraz w Katowicach.
Rozmawiał
Tomasz SZYMANIAK
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (nr 6/1998)
Remis w Lublinie! Motor wrócił do meczu i zadał dwa ciosy
Motor zremisował z Zagłębiem 2:2. ,,Miedziowi'' prowadzili w tym meczu już dwoma golami. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty i zafundowali emocjonującą końcówkę.