Podstawowym zadaniem Marcina jest dogrywanie piłek do napastników. Sam zbyt rzadko jeszcze decyduje się na strzał. W całym 1997 roku zdobył dla Odry tylko trzy bramki w lidze… Jeszcze nie potrafi udźwignąć ciężaru, jaki spoczywa na pomocniku prowadzącym grę drużyny – mogliśmy przeczytać w „Piłce Nożnej” w 1998. Polecamy kolejny tekst z cyklu #RetroPN.
Edward Lorens, były trener reprezentacji Polski U-21, jesienią 1996 roku podkreślał, że jednym z jego podopiecznych, którzy mogą zrobić nawet międzynarodową karierę jest defensywny pomocnik MARCIN MALINOWSKI. „Marcin dużo widzi na boisku, potrafi jednym podaniem, prostopadłym, bądź krzyżowym, przenieść akcję pod bramkę przeciwnika” – charakteryzował piłkarza Lorens. Opinii tej nie podzielali tak zwani dobrze poinformowani. Twierdzili oni, że Malinowski – wtedy zawodnik drugoligowej Polonii Bytom – trafił do młodzieżówki dlatego, że wcześniej Lorens był trenerem… bytomian.
Malkontentów, na dodatek podejrzliwych, u nas dostatek. Faktem jednak pozostaje, że na ogół pozytywne recenzje Marcina za grę w U-21 zatarło niemiłe wydarzenie z meczu Polska – Włochy. W tym spotkaniu, rozegranym w ostatni dzień marca zeszłego roku, Malinowski i Marek Saganowski za niesportowe zachowanie zostali ukarani czerwonymi kartkami. Zanim jednak młody piłkarz (ur. 6.11.1975) otrzymał powołanie na mecz z Włochami, zdążył zmienić klubowe barwy. Z Polonii Bytom przeniósł się do ówczesnego beniaminka pierwszej ligi – Odry Wodzisław. W jakim stopniu transfer ten zawdzięczał promocji w U-21?
– Edward Lorens nie był pierwszym trenerem, który powołał mnie do reprezentacji – mówi Marcin Malinowski. – Debiutowałem już u jego poprzednika – Andrzeja Zamilskiego. Dla mnie, chłopaka z okolic Rybnika, powołania do reprezentacji Polski były wielką sprawą. W styczniu zeszłego roku wybierałem między ofertami Odry Wodzisław i Zagłębia Lubin. Skorzystałem z propozycji Odry także dlatego, że urodziłem się w Wodzisławiu, a w pobliskich Chwałowicach, w tamtejszym Górniku, pobierałem pierwsze lekcje wyczynowego futbolu. Po łącznie sześcio i półrocznej nieobecności w domu postanowiłem powrócić w rodzinne strony. Odra jest wprawdzie małym klubem, ale po rundzie jesiennej poprzedniego sezonu ta drużyna miała przed sobą ciekawe perspektywy. Jednak wtedy nie przypuszczałem, że raptem po kilku miesiącach niemal jednocześnie zagram w dwóch europejskich pucharach: Intertoto i UEFA…
Żeby dojść z domu na stadion Górnika (dziś GKS) Chwałowice, Marcin musiał pokonać zaledwie kilkadziesiąt metrów. Nic zatem dziwnego, że od najmłodszych lat chłopak miał częsty kontakt z futbolem. Będąc uczniem V klasy podstawówki, Malinowski zapisał się do chwałowickiej drużyny trampkarzy. Cztery lata później, za namową ojca, przeprowadził się do Zabrza, gdzie rozpoczął naukę w tamtejszym Technikum Górniczym, a treningi w słynnym Gwarku. Marzył o grze w Górniku Zabrze. Tymczasem…
– Z Gwarkiem zdobyłem nawet wicemistrzostwo Polski, lecz przez cztery lata gry w tej drużynie, nikt ze sławnego Górnika mną się nie zainteresował. Tym łatwiej dałem się namówić na dość dziwny wyjazd do Niemiec. Pewnego dnia do mnie i Piotrka Gierczaka zgłosił się były działacz Górnika Zabrze z ofertą gry w niemieckim 1.FC Nuernberg. Pojechaliśmy do Norymbergi. Tam niby wszystko było załatwione, ale po powrocie do Zabrza okazało się, że nasze transfery przestały być aktualne. Tuż przed tym wyjazdem prezes Gwarka musiał odmówić Polonii Bytom, którzy podobno byli mną zainteresowani. Po powrocie działacze Gwarka sami szukali kontaktu z szefami Polonii. Chcieli mnie temu klubowi sprzedać. Powstało spore zamieszanie, ale w końcu latem 1994 roku przeprowadziłem się do Bytomia.
Z działaczami Polonii Marcin podpisał kontrakt na dwa i pół roku. Początkowo nowy nabytek drugoligowców nie miał miejsca w podstawowym składzie drużyny prowadzonej przez trenera Władysława Żmudę. Ale po ośmiu meczach jesieni 1994 Żmudę zastąpił Walter Winkler. Ten postanowił dać szansę gry niedoszłym „norymberczykom”: Gierczakowi i Malinowskiemu. Obaj szybko udowodnili, że trener Winkler błędu nie popełnił.
Konsekwencją dobrej formy Marcina były powołania do młodzieżówki i wspomniane oferty z klubów ekstraklasy. Ale w pierwszej lidze poprzeczka wymagań wyraźnie wzrosła…
– Nie uniknąłem kilku poważnych wpadek i w lidze, i później w europejskich pucharach. Usłyszałem sporo gorzkich uwag od trenera Bochynka. Można powiedzieć, że jest on maniakalnym fachowcem od oceniania piłkarzy pod względem skuteczności gry w odbiorze piłki. Poza tym wciąż nazywał nas minimalistami. Zeszłorocznej jesieni po prostu nie byliśmy w stanie pogodzić ligi z udziałem w europejskich pucharach. Nie wytrzymaliśmy i fizycznie, i psychicznie! Natomiast w czterech pierwszych meczach wiosny stwarzaliśmy sytuacje bramkowe i seryjnie je marnowaliśmy. Do tego doszły kontuzje kilku podstawowych zawodników i błędy w obronie. Sami byliśmy na siebie wściekli, bo przegrywaliśmy z rywalami, z którymi nawiązywaliśmy równorzędną walkę. W tym sezonie w lidze nam się nie wiedzie. Ale słyszałem już opinie, że skoro Sławkowi Paluchowi i mnie w czerwcu kończą się kontrakty, to na boisku niekoniecznie musimy zostawiać całe zdrowie…
Obaj jesteśmy jednymi z najmłodszych zawodników podstawowego składu, więc kibice szczególnie przyglądają się naszej grze. Nie ukrywam, że z Odrą swojej przyszłości nie wiążę. Ale takie zarzuty są bez sensu. Przecież, gdybym miał odejść już po tym sezonie, to wcześniej ktoś musiałby chcieć mnie kupić. Czy kupuje się zawodnika symulującego grę? Jestem w niezręcznej sytuacji, bo moim głównym mankamentem wciąż pozostaje wydolność. Brakuje mi sił – a nie chęci! – na 90 minut gry z pełnym zaangażowaniem…
Podstawowym zadaniem Marcina jest dogrywanie piłek do napastników. Sam zbyt rzadko jeszcze decyduje się na strzał. W całym 1997 roku zdobył dla Odry tylko trzy bramki w lidze… Jeszcze nie potrafi udźwignąć ciężaru, jaki spoczywa na pomocniku prowadzącym grę drużyny. Jeszcze może uczyć się od rutynowanych kolegów z wodzisławskiej drużyny: Ryszarda Wieczorka, Romana Skorupy, lub Mirosława Szwargi. O dalszym rozwoju (lub jego braku) kariery Marcina Malinowskiego na pewno zadecydują najbliższe miesiące. Tym bardziej, że Odra jeszcze nie zapewniła sobie miejsca w ekstraklasie na sezon 1998-99, a Marcin po przybyciu trenera Albina Mikulskiego gra jako stoper.
Remis w Lublinie! Motor wrócił do meczu i zadał dwa ciosy
Motor zremisował z Zagłębiem 2:2. ,,Miedziowi'' prowadzili w tym meczu już dwoma golami. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty i zafundowali emocjonującą końcówkę.