Trzy lata i cztery miesiące – to wystarczający okres, by w Lechu Poznań być numerem jeden pod względem stażu w drużynie. Obecnie w kadrze Kolejorza nie ma nikogo, kto grałby w nim bez przerwy dłużej niż Wołodymyr Kostewycz.
Foto: WOJCIECH FIGURSKI/400mm.pl
KONRAD WITKOWSKI
Jest pan tym faktem zaskoczony?
Szczerze mówiąc, tak – przyznaje Kostewycz. – Ten okres minął bardzo szybko. Mam wrażenie, że dopiero niedawno przyjechałem na testy medyczne, potem sprawdzałem, gdzie w wolnym czasie można wyjść na spacer z żoną czy posiedzieć na Starym Rynku. Dzisiaj znam już Poznań bardzo dobrze, mam tu sporo znajomych.
Jak ocenia pan te ponad trzy lata?
Jestem zadowolony z wszystkiego, poza tym, że nie udało nam się zdobyć żadnego trofeum. Kilka razy byliśmy blisko celu, jednak i w lidze, i w Pucharze Polski musieliśmy obejść się smakiem. Niedosyt.
Brakuje panu niewiele do granicy stu meczów w Ekstraklasie. Zakładał pan, że będzie grać tyle w polskiej lidze?
Przenosząc się do Polski, nie planowałem, jak długo tu zostanę. Nie podchodziłem do sprawy w ten sposób, że trafiam do Lecha na sezon czy dwa, a po tym czasie koniecznie muszę odejść. Zamierzałem się rozwijać i to się nie zmieniło. Nie ukrywam jednak, że chciałbym spróbować sił w lepszej lidze. Nie jest jednak tak, że co pół roku myślę o transferze. Gdyby pojawiły się oferty, wtedy będę się zastanawiać.
Gol i dziesięć asyst w 96 ligowych występach to wynik satysfakcjonujący?
W moim przypadku trudno o bramki. Jestem bocznym obrońcą, w dodatku takim, który przy rzutach rożnych nie wchodzi w pole karne. Z rzutów wolnych też nie uderzam zbyt często. Siłą rzeczy, okazji mam niewiele. Natomiast liczba asyst nie oddaje w pełni tego, jaką pracę wykonuję na boisku i ile okazji jestem w stanie stworzyć. To bardziej złożona kwestia: możesz wykonać najlepsze podanie, z którego nic nie wyjdzie, za to innym razem zagrasz zwyczajnie, a kolega strzeli gola w niemożliwej sytuacji. Często pisze się o tym, że moje liczby mogłyby być lepsze. Spójrzmy jednak choćby na spotkanie z Górnikiem Zabrze sprzed paru tygodni. Uderzyłem, bramkarz odbił piłkę, a Dani Ramirez strzelił gola. Niby nie jest to asysta, ale wykreowałem sytuację, w której otworzyliśmy wynik meczu. Takich przykładów można przytoczyć więcej.
W lidze ukraińskiej częściej zdobywał pan bramki.
Przede wszystkim dlatego, że czasami występowałem jako pomocnik. Miałem też szczęście. Podobnie jak w Lechu, przy rzutach rożnych zawsze zostawałem z tyłu na asekurację. Był jednak taki mecz, kiedy poprosiłem kolegę, żeby wrócił za mnie – wszedłem w pole karne i akurat strzeliłem gola. Dwie inne bramki zdobyłem po uderzeniach z 35 czy 40 metrów.
Zdarzyło się panu występować w równie młodej drużynie, jak obecny Lech?
Był taki okres w Karpatach Lwów – mieliśmy jedną z najmłodszych ekip w lidze. Rozgrywaliśmy słabszy sezon, więc doszło do zmiany trenera. Władze klubu postawiły na szkoleniowca, który wcześniej przez kilka lat prowadził drużynę młodzieżową. Doskonale znał młodych zawodników i wielu z nich ściągnął do pierwszego zespołu.
Zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że atmosfera w szatni dawno nie była tak dużym atutem Kolejorza, jak w ostatnich miesiącach?
Mamy w drużynie dobrą atmosferę, ale wcześniej, na przykład gdy dołączyłem do Lecha, wcale nie była gorsza. Każdy piłkarz i trener potwierdzi, że to bardzo pomaga w zdobywaniu punktów. Na boisku jeden walczy za drugiego, nikt nie gra pod siebie, stanowimy kolektyw.
Kto jest najlepszym lewym obrońcą w Ekstraklasie?
Nie wskażę najlepszego. Ale powiem, że należę do czołówki.
Czy w innej polskiej drużynie jest skrzydłowy, przeciwko któremu szczególnie nie lubi pan grać?
W Ekstraklasie nie ma takiego zawodnika. Na Ukrainie czekałem na mecze z Dynamem Kijów, żeby móc zagrać przeciwko Andrijowi Jarmołence. Ekscytujące były też potyczki z Szachtarem Donieck, w którym występowali Douglas Costa, Marlos czy Darijo Srna. To piłkarze potrafiący porządnie zakręcić przeciwnikiem.
Która liga jest atrakcyjniejsza: zdominowana przez dwóch gigantów ukraińska czy polska, w której w zasadzie każdy może wygrać z każdym?
Dynamo i Szachtar regularnie zbierają dla ligi punkty do rankingu UEFA, przez co ukraińskim klubom znacznie łatwiej jest dostać się do fazy grupowej europejskich rozgrywek. W ojczyźnie często pytają mnie, dlaczego polskie drużyny w ogóle nie grają w pucharach. Przypadek każdego zespołu należy rozpatrywać inaczej, jednak generalnie trudno jest się przebić, kiedy trzeba zaczynać od I rundy eliminacji. Przekonaliśmy się o tym w Lechu, dwukrotnie trafiając na silnych rywali w Lidze Europy. Utrecht trenował Erik ten Hag, który później doprowadził Ajax do półfinału Champions League. Z kolei Genk wkrótce po rywalizacji z nami sięgnął po mistrzostwo Belgii.
Miał pan możliwość przejścia do któregoś z czołowych klubów na Ukrainie?
Swego czasu mówiło się o Dnipro Dniepropietrowsk, lecz nie doszło do poważnych rozmów.
Na zagraniczny transfer zdecydował się pan w wieku 24 lat. Czy to nie zbyt późno?
Tak. Kilka lat temu wyjazd za granicę nie był jednak taki oczywisty. Gdy występowałem w Karpatach, na transfer do zachodniego klubu musiało złożyć się wiele czynników. Nie było takich sytuacji, jak obecnie w Ekstraklasie, że młody zawodnik ma okazję przenieść się do mocniejszej ligi już po jednym dobrym sezonie. Ja takiej szansy nie dostałem. Gdybym wyjechał, powiedzmy w wieku 22 lat, do Belgii czy Włoch, mógłbym nauczyć się więcej. Mimo wszystko nie żałuję, bo do tej pory moja kariera układa się tak, jak chciałem. Zamierzałem trafić do silnego klubu, a takim jest Lech. Teraz pracuję na to, by zrobić kolejny krok.
Dlaczego w Ekstraklasie występuje tak niewielu ukraińskich piłkarzy?
Ciągle dominuje myślenie, że polska liga jest znacznie słabsza od ukraińskiej. Jeszcze cztery, pięć lat temu rzeczywiście tak było i to pod każdym względem: poziomu sportowego, zarobków. Wtedy żaden podstawowy zawodnik ukraińskiego klubu nie brał pod uwagę wyjazdu do Polski. Dzisiaj jest już inaczej, coraz więcej moich kolegów mówi o Ekstraklasie jako o dobrym kierunku. Na Ukrainie sporo się zmieniło, przede wszystkim z przyczyn politycznych. Trudno, żeby liga rosła w siłę, kiedy w kraju trwa wojna.
Pomagał pan w sprowadzeniu Bohdana Butki do Lecha?
W klubie pytano mnie o Bohdana, ale sądzę, że nasz skauting wie na jego temat znacznie więcej niż ja.
Po przeprowadzce rodaka do Poznania trzymacie się razem?
Staram się mu pomagać. Wiem o klubie niemal wszystko, więc na coś mogę się przydać. Zdaję sobie sprawę, jakie to istotne, bo kiedy przychodziłem do Lecha, byłem tu sam.
Polska jednak nie była dla pana zupełnie obcym krajem, skoro wychowywał się pan zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od granicy.
Pochodzę z okolic Lwowa, gdzie często używa się polskich słów. Uświadomiłem to sobie dopiero wtedy, gdy usłyszałem je także tutaj. Język od początku nie sprawiał mi większych problemów.
Ukończone dwa kierunki studiów czynią z pana być może najlepiej wykształconego zawodnika w Ekstraklasie.
Po szkole średniej poszedłem na uniwersytet. Rodzice naciskali, chcieli, żebym miał alternatywę, gdyby nie udało się w sporcie. Zgodziłem się, chociaż wtedy myślałem tylko o piłce. Wybrałem geodezję, ponieważ zawsze byłem dobry z matematyki. Studiowałem pięć lat, zdobyłem tytuł magistra. Na Ukrainie jest tak, że po ukończeniu jednego kierunku, studia na kolejnym trwają tylko dwa lata. Zdecydowałem się więc jeszcze na wychowanie fizyczne.
Geodezję studiował pan zaocznie, aby pogodzić naukę z grą w Karpatach?
To były studia dzienne. Z uwagi na obowiązki w klubie nie mogłem pojawiać się na wszystkich zajęciach, ale wykładowcy raczej szli mi na rękę.
Wyższe wykształcenie generalnie pomaga w karierze sportowej?
Nie jest tak, że jako absolwent geodezji muszę co do centymetra znać wymiary boiska. Ważne, aby głowa odpowiednio pracowała, a do tego studia się przydają. Inna sprawa, że nie trzeba być prymusem w szkole, by dobrze myśleć na murawie. To nie zawsze idzie w parze.
Na co dzień odczuwa pan to, że w Poznaniu mieszka już ponad 100 tysięcy obywateli Ukrainy?
Często ich spotykam, słyszę język ukraiński na ulicy. Nie mam jednak zbyt wielu znajomych wśród rodaków mieszkających w Poznaniu. Jest Kostia Mazur, który pomagał przy Euro 2012, a później współpracował z Lechem, kiedy grał tu Zaur Sadajew. Kiedyś kierownik drużyny dał mi jego numer telefonu, zadzwoniłem, a dziś jesteśmy dobrymi kolegami. Spotykamy się od czasu do czasu, zdarza nam się obejrzeć wspólnie mecz albo wyjść na kawę. Mam też znajomą rodzinę, która organizuje ukraińską diasporę w Polsce. Kilka razy byłem u nich w domu. To świetni ludzie: urządzają świąteczne spotkania, wspierają żony poległych żołnierzy, pomagają organizować leczenie wojskowych, którzy ucierpieli podczas wojny na Ukrainie.
WYWIAD UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (NR 12/2020)
Remis w Lublinie! Motor wrócił do meczu i zadał dwa ciosy
Motor zremisował z Zagłębiem 2:2. ,,Miedziowi'' prowadzili w tym meczu już dwoma golami. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty i zafundowali emocjonującą końcówkę.