Takiej sytuacji w Lechu Poznań nie było od dłuższego czasu. Pierwszy raz od dwóch lat jeden trener poprowadził Kolejorza od początku do końca rundy.
Dariusz Żuraw jest pierwszym od czasów Nenada Bjelicy trenerem, który przeprowadził Lecha przez całą rundę (foto: Piotr Kucza/400mm.pl)
Ostatnimi czasy drzwi do trenerskiego gabinetu przy Bułgarskiej niemal się nie zamykały. Ani Ivan Djurdjević, ani Adam Nawałka nie przepracowali z pierwszą drużyną Lecha nawet pół roku. Ostatnim, który prowadził Kolejorza w trakcie całej rundy był Nenad Bjelica. Miało to miejsce jesienią 2017 roku. Co prawda Chorwat został zwolniony dopiero w maju 2018 roku, ale na dwie kolejki przed finiszem sezonu, zatem rundy nie dokończył.
W Ekstraklasie jest tylko jeden klub, który dłużej niż Lech czekał na szkoleniowca zdolnego poprowadzić zespół od początku do końca danej części rozgrywek. To Legia Warszawa, w której taka sytuacja po raz ostatni miała miejsce w rundzie wiosennej 2017 roku, za kadencji Jacka Magiery. Teraz do dobrych wzorców nawiązał Aleksandar Vuković.
W przypadku Lecha (jak również Legii) można więc mówić o względnej stabilizacji. Choć na pewnym etapie obecnego sezonu drużyna Dariusza Żurawia punktowała nawet gorzej niż pod wodzą Djurdjevicia, szefowie klubu nie zdecydowali się na zmianę trenera. Aktualnego szkoleniowca w jakimś stopniu obronił awans do ćwierćfinału Totolotek Pucharu Polski. Serb odpadł z tych rozgrywek już w 1/16 finału (z pierwszoligowym jeszcze Rakowem Częstochowa) i wkrótce pożegnał się z posadą.
Kolejorz nie ma za sobą wyśmienitego półrocza. Zdarzały mu się wpadki – zwłaszcza na swoim stadionie – oraz trudne do wytłumaczenia przestoje w grze. Późną jesienią wjechał jednak na odpowiednie tory. Ostatniej porażki doznał 25 października z Zagłębiem Lubin (1:2). Od tamtej pory jest niepokonany w ośmiu kolejnych spotkaniach, wygrywając pięć z nich i w trzech remisując. Aż w sześciu z tych przypadków zagrał na zero z tyłu. Mickey Van der Hart nie puścił bramki w lidze przez ponad siedem godzin, a po drodze zachował jeszcze czyste konto w pucharowej potyczce ze Stalą Stalowa Wola.
Właśnie tą trwającą od przełomu października i listopada dobrą serią trener Żuraw zapracował na kredyt zaufania. Aktualne pozostają wątpliwości, czy to szkoleniowiec skrojony na miarę potrzeb oraz ambicji Lecha, jednak osiąganymi ostatnio wynikami 47-latek kupił sobie czas. Zasłużył na to, aby rozliczyć go dopiero po sezonie.
Z perspektywy kilku miesięcy należy stwierdzić, że paradoksalnie na dobre wyszła Lechowi absencja w eliminacjach europejskich pucharów. Trudno przypuszczać, by poznańska drużyna osiągnęła sukces w postaci awansu do fazy grupowej, natomiast letnie boje w Europie zapewne odbiłyby jej się czkawką na krajowym podwórku. Kolejorz nie miał i nie ma kadry gotowej do gry na trzech frontach. Historia z kilku ostatnich lat pokazuje, że pucharowe kwalifikacje okazywały się osławionym pocałunkiem śmierci dla kilku trenerów Lecha: Mariusza Rumaka, Macieja Skorży, w mniejszym wymiarze także dla Djurdjevicia (tuż po odpadnięciu w III rundzie eliminacji Ligi Europy z KRC Genk jego drużyna zaliczyła serię pięciu ligowych spotkań bez zwycięstwa). Niewykluczone więc, że gdyby pięć miesięcy temu Kolejorzowi przyszło bić się w pucharach, dziś Żuraw nie pracowałby już w Poznaniu.
Nadal jednak pracuje, a w czwartkowy wieczór stanie przed szansą przedłużenia do dziewięciu passy meczów bez przegranej. Na zakończenie roku Lecha czeka domowa potyczka z Arką Gdynia. Jeśli gospodarze zwyciężą, spędzą zimową przerwę całkiem blisko ligowego podium.