Takiego rozstrzygnięcia chyba nikt się nie spodziewał. Arka Gdynia rozgromiła w delegacji Lechię Gdańsk (5:1) w spotkaniu rozgrywanym w ramach #EkstraklasaGra.
Arka urządziła sobie w Gdańsku ostry trening strzelecki (fot. Tomasz Zasiński / 400mm.pl)
Arka to jeden z najsłabszych zespołów w całej stawce i jeden z najgorszych, jeśli chodzi o zdobycze wywiezione ze stadionów rywali. W ubiegłym tygodniu – patrząc przez pryzmat naszej zabawy rozgrywanej pod szyldem #EkstraklasaGra – podopieczni Krzysztofa Sobieraja stoczyli zacięty bój ze Śląskiem Wrocław (4:2) i tym samym wysłali jasny sygnał do przeciwników, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w walce o utrzymanie.
Jeśli zaś chodzi o Lechię, to ta pojechała do Zabrza, by stoczyć bój z bardzo groźnym na swoim terenie Górnikiem. Lepiej w tym spotkaniu zaprezentowali się 14-krotni mistrzowie Polski i to oni zgarnęli pełną pulę. Takie rozstrzygnięcie, w połączeniu z innymi wynikami sprawiło, że ekipa z Gdańska wypadła z czołowej „ósemki” Ekstraklasy.
Niedzielny mecz i to jak zagłosują kibice, miało więc ogromne znaczenie. Gospodarze potrzebowali bowiem punktów, by wrócić do grupy mistrzowskiej, a goście musieli powalczyć o trzy „oczka”, by wciąż móc liczyć na uniknięcie degradacji.
Więcej szans na zwycięstwo dawano piłkarzom Lechii, ale niedzielny wieczór w Gdańsku należał do gości. Gdyby takie rzeczy miały miejsce w realnym świecie, to kibice na stadionie przecieraliby oczy ze zdumienia. Arka od początku przejęła bowiem inicjatywę na boisku i raz za razem rozrywała defensywę rywala dynamicznymi atakami.
Kiedy w 17. minucie Mateusz Młyński przebił się przez dwóch obrońców i wystawił piłkę do Macieja Jankowskiego, który musiał jedynie dopełnić formalności, nikt jeszcze nie podejrzewał, że będzie to początek spotkania, które przejdzie do historii derbowych starć. Lechia nie zdołała się jeszcze otrząsnąć po pierwszym ciosie, a już leżała na deskach po drugim. Tym razem wyprowadził go Marko Vejinović, który ze skraju pola karnego przymierzył idealnie w okienko bramki rywala. Dusan Kuciak wyciągnął się jak długi, ale nie zdołał sięgnąć futbolówki.
W Gdańsku zapanowała spora konsternacja, ale Arka – patrząc na przebieg głosowania na obu naszych kanałach – ani myślała zwalniać. Kompletni bezradni gospodarze nie byli w stanie odpowiedzieć i za swój marazm zostali skarceni po raz trzeci. Na skrzydle urwał się Adam Marciniak, który dośrodkował przed bramkę, a Jankowski raz jeszcze zrobił to, co do niego należało, pokonując bramkarza uderzeniem głową.
W tym momencie było już jasne, że pełna pula padnie łupem Arki. Trzy bramki zaliczki to poważny kapitał, szczególnie, jeśli gra się na boisku przeciwnika, ale można było zakładać, że Lechia po zmianie stron podejmie walkę i powalczyć przynajmniej o to, by zmniejszyć rozmiary porażki. Jakież więc musiał być zdumienie Piotra Stokowca, gdy tuż po przerwie na 4:0 podwyższył Davit Skhirtladze. Pogrom stał się faktem, ale Arka wcale nie zamierzała na tym poprzestawać.
Światełko w tunelu zapaliło się dla gospodarzy po trafieniu z karnego Flavio Paixao, ale jak się okazało, był to jedynie łabędzi śpiew Lechii.
Na kwadrans przed końcem piątego gola dla Arki zdobył Nemanja Mihajlović i tym samym efektowne zwycięstwo gości stało się faktem. Gdynianie wciąż znajdują się w strefie spadkowej, ale ich strata do bezpiecznej strefy zmniejszyła się do zaledwie dwóch punktów. Ostatnią lokatę nad kreską zajmuje obecnie Zagłębie Lubin.
Remis w Lublinie! Motor wrócił do meczu i zadał dwa ciosy
Motor zremisował z Zagłębiem 2:2. ,,Miedziowi'' prowadzili w tym meczu już dwoma golami. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty i zafundowali emocjonującą końcówkę.