Wtajemniczeni w sytuację właścicielsko-finansową Legii
spekulują, że po menedżerskim przejęciu akcji klubu naturalnym partnerem na
rynku transferowym wydaje się fundusz inwestycyjny – a prezes Bogusław Leśnodorski
wielokrotnie mówił publicznie o stworzeniu partnerstwa na potrzeby zakupów
piłkarzy z tego typu instytucjami – Black Lion. Prezesem zarządu jest w nim
Maciej Wandzel (ojciec piłkarza Legii – Aleksandra), zaś przewodniczącym rady
nadzorczej – Leśnodorski. W stworzonym w ten sposób joint venture Legia
musiałaby się dzielić – co zrozumiałe – zyskami z partnerem, ale też i ryzyko
niewypału zawsze dzielone byłoby przez dwa. Przede wszystkim dysponowałaby
dwukrotnie wyższymi sumami niż obecnie.
I to co najmniej dwukrotnie wyższymi, gdyż
Leśnodorski, doskonale wiedząc o ogłoszeniu przejęcia menedżerskiego klubu od
ITI (które nie okazało się medialną bombą tylko dlatego, że w środowisku futbolowym
wszyscy wiedzieli o nim co najmniej od miesiąca, zaś w dniu ogłoszenia portal
www.pilkanozna.pl poinformował o wydarzeniu sporo ponad sześć godzin przed
oficjalną konferencją, o której publiczność dowiedziała się właśnie od nas),
zadeklarował, że tegoroczny budżet będzie o 10 milionów wyższy od poprzedniego.
I wyniesie 110 milionów złotych. A kolejny ma już opiewać na 30 milionów euro,
co nowi, choć przejściowi, właściciele postawili sobie za sumę docelową.
– Korzystanie z funduszy
przy transferach to dobry pomysł na ich finansowanie, tylko niech pan
Leśnodorski nie opowiada naokoło, że wymyślił ten sposób – mówi Krzysztof
Dmoszyński, także prawnik z wykształcenia, który współzarządzał Legią w czasach
aliansu CWKS z Pogonią Konstancin przed dwiema dekadami, czyli wówczas, kiedy
klub z Łazienkowskiej jedyny raz występował w Lidze Mistrzów. – Przecież
właśnie na takiej zasadzie Janusz Romanowski, u którego pracowałem, de facto
wykładał pieniądze na transfery Legii w tamtym okresie z kasy Pol-Kaufringu –
przez Pogoń Konstancin. A przecież nie tylko my tak działaliśmy. Kiedy
kupowałem do Legii Jacka Bednarza i Piotra Mosóra z Ruchu Chorzów, część
pieniędzy przelałem na konto Niebieskich, a część – do firmy znanej śląskiej
bizneswomen Barbary Kmiecik, która sponsorowała Ruch. Podobnie działałem w
Płocku, na przykład przy transferach Pawła Kapsy czy Marcina Wasilewskiego. To
znaczy jako prezes Wisły znajdowałem prywatnego inwestora, z którym przy
kolejnym transferze trzeba było się podzielić zyskiem. Generalnie jest to dobry
pomysł na transferowy biznes, ale z zastrzeżeniem, że trzeba znaleźć sposób na
ubezpieczenie się od ryzyka dwojakiego rodzaju. Po pierwsze – na wypadek
ciężkiej kontuzji, która wykluczy dalszy rozwój i odsprzedaż kupionego wspólnie
piłkarza. A także na wypadek, gdyby przed upływem obowiązywania kontraktu nie
udało się sprzedać takiego gracza. Zapewniam jednak, że mimo obowiązywania
prawa Bosmana są sposoby i na to…
ADAM
GODLEWSKI
Więcej niuansów dotyczących zmian właścicielskich w Legii na zasadzie MBO,
czyli przejęcia menedżerskiego z dźwignią znajdziecie w najnowszym papierowym
wydaniu tygodnika „Piłka Nożna”. Nadal w sprzedaży!