90 minut z Markiem Koziołem. Nie wierzyłem w powrót
Ponad 5 lat czekał na powrót do Ekstraklasy. Jego licznik w Zagłębiu Lubin zatrzymał się na cyfrze 2, a traf chciał, że znów na najwyższym szczeblu w Polsce zagrał przeciwko Wiśle Kraków. Tym razem w Koronie, której stał się ważną postacią.
Marek Kozioł wskoczył do bramki Korony w połowie września. Miejsca w składzie już nie oddał (FOT. WŁODZIMIERZ SIERAKOWSKI/400mm.pl)
JAROMIR KRUK
Pięć lat czekania… Spodziewałeś się, że historia zatoczy koło i znów przyjdzie ci zagrać przeciw Wiśle?
Nie spodziewałem się – mówi Kozioł. – Na pożegnanie z Zagłębiem wygrałem z Białą Gwiazdą 1:0 i liczyłem, że dalej będę grał w Ekstraklasie. Cieszyłem się z premierowego zwycięstwa, bo wcześniejszy debiut mi się nie udał. Szybko Adam Banaś pokonał mnie uderzeniem samobójczym, trochę wskutek rykoszetu, a polegliśmy 0:3. Po tym debiucie byłem niesamowicie zawiedziony, inaczej sobie to wszystko wyobrażałem. Zastanawiałem się, czy mogłem się lepiej spisać… Wiedziałem jednak, że w następnej serii też wyjdę i w Krakowie nie zawiodłem. Po ponad pięciu latach znów więc zmierzyłem się z Wisłą, ale niestety Korona musiała zadowolić się remisem. Mój przypadek pokazuje jednak, że czasami w życiu trzeba i warto trochę poczekać.
Tylko dlaczego aż tak długo?
Trener Piotr Stokowiec nie widział mnie w składzie, o czym poinformował w szczerej rozmowie. Dwa mecze przez półtora roku w Ekstraklasie, w Lubinie, to był słaby dorobek. Potem zostałem wypożyczony, trzeba było opuścić definitywnie Zagłębie, tak się życie układało.
Nie przestawałeś wierzyć w powrót?
Jakieś zwątpienie się pojawiało, gdy siedziałem na ławce, czy na trybunach w Stali. W Mielcu trener postawił na młodzieżowca w bramce, jeden jeździł na mecze grać, drugi na ławkę. Ja byłem statystą, mentorem, który starał się ich naciskać. Nie marudziłem, bo nie mam takiego zwyczaju, a wiem też jak funkcjonują drużyny piłkarskie. Osoby psujące atmosferę w szatni są w nich niepotrzebne. Nie wierzyłem w Ekstraklasę, ale trenowałem dalej. Po dobrym sezonie potem w Sandecji zwróciła wreszcie na mnie uwagę Korona.
Czyli warto być cierpliwym?
Z piłką na pewno nie chciałem kończyć. Zaplanowałem sobie, że będę grał póki zdrowie będzie na to pozwalać. Bez piłki bym nie wytrzymał.
Kiedyś Jarosław Araszkiewicz wystawił cię w ataku w okręgowym Pucharze Polski i zdobyłeś dwa gole. Nie chciałeś zamienić bramki na napad?
Każdy jako młody chłopak chce strzelać gole, być napastnikiem. W Sandecji to był wybryk.
Pobyt w Koronie też nie był na początku usłany różami. Brałeś to pod uwagę?
Nikt mi nie obiecywał, że od razu wskoczę między słupki. Rywalizowałem, trenowałem z młodszymi kolegami, wspomagałem ich, czekałem na szansę. Cały czas byłem na nią gotowy, tak chyba powinno być. Gdybym nie był – szybko wróciłbym do bazy. Sentymentów nie ma.
Zbierałeś pochwały, a Korona nie mogła wybrnąć ze strefy spadkowej. Wolałbyś wygrywać 3:2, nawet po twoich babolach?
Lepiej popełnić błąd i wygrać, niż bronić fantastycznie na 0:0. Dobrze jest zbierać pochwały. Fajnie, że wyglądamy nieźle w defensywie, nie tracimy zbyt wiele goli, ale potrzebujemy sami coś strzelać.
W treningach strzeleckich w Koronie brałeś udział?
Nie ma takiej potrzeby.
Nie byłeś zły na kolegów marnujących dogodne okazje?
Złość mogą okazywać kibice na trybunach, nie piłkarze. Do końca sezonu pozostało sporo spotkań i nie ma się co podłamywać. Mamy cel do zrealizowania. Chłodna głowa to podstawa, a ja jestem przekonany, że będziemy się wspólnie z kibicami cieszyć ze zwycięstw i goli Korony. Przypominają nam te statystyki, po 23 kolejkach mieliśmy 12 goli, to są szokujące liczby, ale poprawimy się.
Są jacyś ludzie, którym na boisku pragnąłbyś coś udowodnić?
Nie muszę nic nikomu udowadniać. Nawet gdy siedziałem na ławce czy na trybunach w Mielcu, byłem dobrze zakonserwowany. Nie jestem człowiekiem zawistnym, optymistycznie podchodzę do życia i świata. Cieszę się, że ktoś śledzi moje występy, fajnie, że są ludzie, którzy mi kibicują. Inni mnie nie obchodzą.
Może ze swoją skromnością i spokojem nie pasujesz do Ekstraklasy?
Nie wiem, może nie, nie mnie to oceniać. Chcę być sobą. Nie liczę występów w Ekstraklasie, bo trochę pograłem w niższych ligach. Tam też przeżyłem wiele pięknych chwil. W Ekstraklasie to wszystko jest znacznie efektowniej pokazywane, krąży więcej pieniędzy, ale sens rywalizacji pozostaje taki sam.
Nauczyłeś się języków obcych w szatni Korony?
Nie, bo to obcokrajowcy uczą się polskiego. Szczerze? Rzeczywistość kielecką wyobrażałem sobie trochę gorzej. Atmosfera w drużynie jest w porządku, nie ma żadnych podziałów. Angielskiego jako języka międzynarodowego używa każdy zawodnik, ale nasi stranieri wykazują się postępami w nauce polskiego. Lekcje nie idą na marne. Dużo już rozumieją, a czasami wychodzi im powiedzenie czegoś śmiesznego.
Masz jakiegoś ulubionego golkipera, na którym się wzorowałeś?
Lubię pooglądać parady bramkarskie, a ich nie brakuje także w naszej lidze. Generalnie jednak nie smuciłbym się, gdyby często zdarzały się spotkania, w których nie ma się nic do roboty i wygrywa 1:0. Bo w końcu piłka nożna to nie rywalizacja golkiperów, tylko dyscyplina zespołowa.
WYWIAD UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (nr 9/2020)
Remis w Lublinie! Motor wrócił do meczu i zadał dwa ciosy
Motor zremisował z Zagłębiem 2:2. ,,Miedziowi'' prowadzili w tym meczu już dwoma golami. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty i zafundowali emocjonującą końcówkę.