Zdobywca Oscara gra w warszawskiej B-klasie. „Zabrałem koszulkę klubu na ceremonię wręczenia statuetek”
Tarn Willers, brytyjski inżynier dźwięku, laureat Oscara za film „Strefa interesów”, gra w piłkę… w warszawskiej B-klasie. W rozmowie z „PN” bramkarz AFC Zły Praga opowiada między innymi o tym, jak to się stało, że zamieszkał w Warszawie, skąd wzięło się jego zainteresowanie futbolem, co sądzi o komercjalizacji piłki nożnej, a także, jak funkcjonuje klub, w którym występuje.
Jak to się w ogóle stało, że brytyjski sound designer, który pracował przy filmach „Ojczyzna”, „Prawdziwy ból”, „Kobieta w czerni”, „Furia” czy „Strefa interesów”, a za ten ostatni otrzymał Oscara, Europejską Nagrodę Filmową oraz BAFTĘ, osiedlił się w Warszawie?
Zakochałem się w Polce i założyliśmy rodzinę – mówi Willers. – Mieszkaliśmy w Londynie, dobrze się tam żyło, ale partnerka chciała wrócić do Polski. Pojawiły się pewne problemy rodzinne, ludzie się starzeli, umierali. Proza życia. Postanowiliśmy przyjechać do Polski na sześć do dwunastu miesięcy, ale losy potoczyły się tak, że dziesięć lat później wciąż tutaj mieszkamy.
Skąd wzięło się pana zainteresowanie futbolem?
Wychowałem się w domu, w którym tradycje kibicowskie były mocno zakorzenione. Jestem kibicem Sheffield United. Ta pasja przechodzi w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie – dziadek zaraził nią mojego ojca, a on mnie. W tamtych czasach, w latach 80., nie było transmisji meczów piłkarskich takich jak dzisiaj. Przywiązanie do lokalnych klubów było wtedy silniejsze. To była koszula znacznie bliższa ciału. Dzisiaj dzieciaki mogą zakochać się w klubie z zupełnie innego zakątka świata – włączają telewizor i mają do wyboru Real, Barcelonę, Manchester United czy Manchester City. Mają w czym wybierać, nie ma w tym nic złego. Wręcz przeciwnie – bardzo dobrze, że dostęp do piłki na najwyższym poziomie jest powszechny. Ale to właśnie wspieranie lokalnego zespołu jest solą futbolu.
Ile miał pan lat, kiedy po raz pierwszy poszedł na mecz Sheffield United?
Jakieś siedem. Był to ostatni mecz sezonu. Przegraliśmy i spadliśmy do niższej ligi. Sheffield United było wtedy beznadziejne, powodów do radości było mało, ale zakochałem się w klubie od pierwszego wejrzenia.
Jak wspomina pan tamte czasy na angielskich trybunach? Lata 80. i 90. kojarząsię głównie z szerzącym się na stadionach chuligaństwem.
To były niechlubne czasy. Słusznie minione. Na trybunach kręciła się cała masa idiotów, którzy szukali jedynie okazji do tego, żeby się z kimś bić albo coś zdemolować. Wiele osób patrzy dziś na tamte czasy przez różowe okulary i mówi: „Kiedyś było wspaniale! Mogliśmy stać, wszyscy razem śpiewaliśmy przyśpiewki, było fantastycznie”. Ale wcale nie było aż tak dobrze. Mam kilka dobrych wspomnień z tamtych meczów, ale dzisiejsze stadiony i ich infrastruktura są nieporównywalnie lepsze niż kiedyś. Choć atmosfera na stadionach ucierpiała po wprowadzeniu miejsc siedzących.
Ma pan w pamięci jakieś konkretne obrazki z tamtych czasów, związane z ekscesami na trybunach?
Pamiętam mecz w Sheffield przeciwko Leeds United. Kibice rywali zaczęli wyrzucać na murawę wszystkie krzesełka. W tamtych czasach były drewniane. Zapadło mi też w pamięć wyjście ze stadionu w Barnsley. Grupy kibiców obu drużyn ganiały się nawzajem. Często zdarzało się, że kibiców gości przetrzymywano na stadionie przez 15-20 minut po zakończeniu meczu. Żeby kibice gospodarzy zdążyli się rozejść, a policja mogła później eskortować przyjezdnych do pociągów i autokarów. Była to powszechna praktyka. Kiedy jechałeś na wyjazd, wiedziałeś, że po spotkaniu będziesz musiał zostać na stadionie, żeby ograniczyć ryzyko awantur.
W Polsce nadal tak jest – kibice gości zwykle czekają od kilkunastu do kilkudziesięciu minut, zanim będą mogli opuścić stadion. A pana ciągnęło do tego, żeby mocniej zaangażować się w sprawy kibicowskie?
Na szczęście nie. Sam zacząłem dużo grać w piłkę, więc zamiast chodzić na mecze, większość weekendów spędzałem na boisku. Dobrze się złożyło, bo przypadło to akurat na okres, w którym niektórzy zaczynają bawić się w takie rzeczy. Gdy jesteś nastolatkiem bądź młodym dorosłym, buzują ci hormony, musisz się wyszaleć, szukasz adrenaliny. Wydaje mi się, że właśnie dlatego młodych ludzi jarają takie środowiska. Mnie nigdy do tego nie ciągnęło.
Ale jak już połknął pan bakcyla związanego z graniem w piłkę, do tej pory nie potrafi pan z tym skończyć. Jest pan już po pięćdziesiątce i nadal gra pan w lidze.
Wybiły mi już cztery dekady na boisku. Pod koniec poprzedniego sezonu myślałem nad zakończeniem tej przygody. Występowałem w AFC Warszawa. Nie udało nam się awansować do wyższej klasy rozgrywkowej, chodziło mi po głowie, żeby dać sobie już z tym spokój. Chciałem nadal być zaangażowany w działalność klubu, ale już odwiesić buty na kołku. Powiedziałem chłopakom: „To będzie mój ostatni sezon”. Wtedy oznajmili mi, że planują połączenie z AKS-em Złym. Miał rozpocząć się nowy projekt. Znałem AKS Zły, bo wcześniej byłem na kilku ich meczach. Pomyślałem: „To jest zbyt interesujące, żeby nie być częścią tego projektu”. Doszło do fuzji i jak na razie jest to strzał w dziesiątkę. Rozegraliśmy osiem meczów i wszystkie wygraliśmy.
Połączyły się ze sobą dwa kluby wymykające się schematom: międzynarodowy AFC Warszawa i demokratyczny AKS Zły. Powstał AFC Zły Praga.
AFC Warszawa został założony pięć lat temu. Wcześniej graliśmy natomiast w lidze sześcio- lub siedmioosobowej. Była to grupa głównie Brytyjczyków, ale grali z nami również ludzie innych narodowości. Nazywaliśmy się FC Foreigners. Któregoś razu, siedząc w pubie, zaczęliśmy rozmawiać o tym, że można zgłosić drużynę do Pucharu Polski. Rozmowa nabrała rozpędu i pojawił się kolejny pomysł: „A może udałoby się zgłosić drużynę do ligi?”. Chłopaki zaczęli robić rozeznanie i wkrótce powstało AFC Warszawa. Wielu obcokrajowców przyjeżdża do Warszawy i pierwszą rzeczą, jaką robią, jest wpisanie w wyszukiwarkę: „Gdzie mogę grać w piłkę nożną w Warszawie?”. Wielu z nich trafiało do AFC Warszawa, ponieważ znajdowali drużynę, która przedstawiała się właśnie jako zespół międzynarodowy. Przez ten czas grali w niej zawodnicy reprezentujący od 15 do 20 różnych narodowości. Oczywiście mieliśmy i nadal mamy również polskich piłkarzy.
W ciągu czterech sezonów istnienia napotkaliśmy kilka problemów. Jednym z nich były przepisy Mazowieckiego Związku Piłki Nożnej. Pozwalano nam zgłosić tylko jednego zawodnika spoza Unii Europejskiej. Zazwyczaj tym zawodnikiem byłem ja, ponieważ jestem bramkarzem, a trzeba było mieć tę newralgiczną pozycję zabezpieczoną. Ale w drużynie byli też piłkarze z Egiptu, Stanów Zjednoczonych, Kataru, różnych innych miejsc. Mogli oni przychodzić na treningi i być częścią zespołu, ale nie wolno im było występować w oficjalnych meczach, ponieważ liga na to nie pozwalała. Co roku pytaliśmy: „Czy naprawdę nie możemy zgłosić większej liczby zawodników spoza Unii?”. Przecież gramy w ósmej lidze. Nie chodzi o to, że sprowadzamy tutaj najlepszych Brazylijczyków, żeby zdominować rozgrywki. Chcemy po prostu, żeby ludzie mogli grać w piłkę. Nie obchodzi nas, skąd pochodzą. Za każdym razem odrzucano jednak nasze prośby. Dopiero w zeszłym roku pozwolono nam zgłosić trzech zawodników spoza UE. Oczywiście Francuzi, Włosi, Niemcy i inni obywatele Unii Europejskiej nie stanowili problemu.
Jakie wartości AFC Zły Praga są dla pana najważniejsze?
Żartowaliśmy z samych siebie, że jesteśmy drużyną pijacką, która ma problem z piłką nożną. Jednym z naszych najważniejszych priorytetów zawsze były integracja i życie towarzyskie. Kiedy zakładaliśmy AFC Warszawa, zależało nam na tym, żeby aspekt społeczny był równie ważny jak sportowy. Chcieliśmy stworzyć środowisko, w którym ludzie mogą się spotykać i robić coś, co kochają, ale również spędzać wspólnie czas poza boiskiem. Organizujemy wydarzenia towarzyskie i budujemy społeczność opartą na przyjaźni. No i jesteśmy klubem demokratycznym. Ten sposób funkcjonowania całej społeczności związanej z klubem przejęliśmy po fuzji z AKS Zły, który pod tym względem jest w Polsce pionierem.
Jesteście opozycją wobec coraz bardziej skomercjalizowanego świata futbolu.
Otóż to. Kilka sezonów temu AKS Zły wystąpił w turnieju o nazwie Phoenix Trophy. Były to rozgrywki dla europejskich drużyn amatorskich, które opierały swoją działalność na społeczności. AKS Zły zagrał wówczas między innymi przeciwko FC United of Manchester. To drużyna założona przez fanów Czerwonych Diabłów, którzy nie zgadzają się z postępującą komercjalizacją klubu. Szczerze mówiąc, jako zwolennik idei, że futbol jest czymś więcej niż tylko grą, ubolewam nad tym, że największe światowe marki stały się maszynkami do zarabiania pieniędzy. Drużyna z Anglii wygrała łącznym wynikiem 10:0 albo 12:0. Nie pamiętam dokładnie. Ale wynik nie miał znaczenia. Wydarzenie było świętem futbolu opartego na odmiennych wartościach społecznych.
Jaka jest najciekawsza rzecz związana z piłką, jaka spotkała pana w Warszawie?
Mogę opowiedzieć o tym, co wydarzyło się kilka tygodni temu, gdy na nasze spotkanie przyjechały ekipy telewizyjne w związku z tym, co zaczęło się wokół mnie dziać. Udzieliłem krótkiego wywiadu, a później ktoś powiedział mi, że w sobotni wieczór pokazano mnie w głównym wydaniu wiadomości. Co ciekawe, sędzia przerwał mecz, ponieważ nad boiskiem latał dron TVP, który nagrywał spotkanie. To było dość zabawne.
Spodziewał się pan tak pozytywnego odzewu po tym, jak ktoś połączył kropki i upublicznił informację, że gra pan w klasie B? A może odbiera pan tę sytuację negatywnie?
Cały ten rozgłos to dla mnie sprawa dość osobliwa. Nie mam z tym wszystkim za wiele wspólnego. To nie ja zainicjowałem to zamieszanie. Jakiś bloger postanowił napisać, że facet, który zdobył Oscara, gra w piłkę w amatorskiej drużynie w Warszawie. Tyle że ja tę nagrodę otrzymałem dwa lata temu. Dlatego dziwi mnie, że dopiero teraz, po dwóch latach, stało się to tematem w mediach.
Dla wielu osób musiało to być spore zaskoczenie. No bo zdobył pan w końcu Oscara.
Zdobyłem Oscara, zgadza się. To było niesamowite. Zabrałem nawet koszulkę naszego klubu na ceremonię wręczenia statuetek. Na miejscu, kiedy odebrałem nagrodę, położyłem koszulkę na stole i zrobiłem jej zdjęcie razem z Oscarem. Kiedy wychodziłem na scenę, miałem nasz trykot zwinięty w kieszeni marynarki. Chciałem go wyciągnąć i pokazać, kiedy odbiorę Oscara. Nie udało się. Byłem zbyt zdenerwowany.
Czy ludzie na ogół wiedzą, kim pan jest?
Mało kto wie. A przynajmniej prawie nikt nie wiedział przed ostatnim tygodniem, kiedy historia wyszła na jaw i pojawiła się w prasie oraz telewizji. Graliśmy ostatnio na wyjeździe, poza Warszawą, w małej miejscowości. Kiedy rozgrywasz mecz w takim miejscu, często połowa mieszkańców przychodzi go oglądać, ponieważ jest to dla nich najciekawsze wydarzenie weekendu. Kiedy wybiegliśmy na boisko, usłyszałem kilka osób mówiących: „Czy to ten bramkarz, który zdobył Oscara?”. Potem dzieciaki zaczęły krzyczeć: „Hej, Oscar! Oscar!”. Próbowały mnie rozproszyć.
Może pan zdradzić coś na temat tego, nad czym teraz pan pracuje?
Nie chciałbym uchylać rąbka tajemnicy. Mogę za to z przyjemnością opowiedzieć o filmie, którego realizację zakończyłem trzy tygodnie temu. To znacznie ciekawszy projekt. Pracowałem przy amerykańskiej produkcji zatytułowanej „The Painted Bride”. Cały film kręciliśmy w Warszawie, Łodzi i Sieradzu. Akcja rozgrywa się jednak w Baltimore w Stanach Zjednoczonych. Musieliśmy więc sprawić, żeby te miejsca wyglądały jak Baltimore, co było nie lada wyzwaniem. Najciekawsze jest to, że film łączy tradycyjne ujęcia aktorskie z animacją.
Wiadomo, kiedy Pietuszewski wróci do gry po kontuzji!
Francesco Farioli odniósł się do sytuacji zdrowotnej Oskara Pietuszewskiego. Szkoleniowiec FC Porto przekazał na konferencji prasowej, że uraz młodego Polaka nie jest poważny i jego przerwa nie powinna potrwać długo.