W pierwszym meczu 15. kolejki PKO BP Ekstraklasy góra byli goście. Śląsk Wrocław pokonał Łódzki Klub Sportowy (1:0) i tym samym odniósł trzecie z rzędu zwycięstwo na ligowych boiskach.
Piłkarze Śląska poszli za ciosem (fot. Łukasz Skwiot)
Obie drużyny znajdują się na krzywej wznoszącej. Łódzki Klub Sportowy przegrał co prawda ostatnio z Jagiellonią Białystok, jednak w trzech wcześniejszych kolejkach dopisał na swoje konto siedem punktów i wydostał się ze strefy spadkowej. Jeśli dorzucić do tego wywalczenie awansu do ćwierćfinału Pucharu Polski, to widać jak na dłoni, że drużyna prowadzona przez Kazimierza Moskala wydostała się już z dołka formy.
To samo można powiedzieć o Śląsku Wrocław, który po serii meczów, w których na przemian remisował i przegrywał, w końcu zdołał się przełamać. Zwycięstwa nad Arką Gdynia i Wisłą Płock na pewno dodały piłkarzom wiatru w plecy, a także – a to chyba jeszcze ważniejsze – pozwoliły drużyny wrócić do górnej połówki tabeli. Nic więc dziwnego, że piątkowy mecz w Łodzi uważano za jeden z najciekawiej zapowiadanych podczas 15. kolejki.
Spotkanie od początku było bardzo wyrównane. Obie drużyny szukały swoich szans, jednak żadnej nie udawało się zyskać takiej przewagi, by zaskoczyć rywala. Nim jednak minął kwadrans goście byli już na prowadzenie. W 14. minucie skrzydłem popędził Przemysław Płacheta, który okazał się szybszy od obrońcy i dośrodkował przed bramkę. Tam interweniował Jan Sobociński, który jednak zrobił to na tyle niefortunnie, że pokonał własnego bramkarza.
Łodzianie próbowali odpowiedzieć, jednak po stracie gola w ich grę wkradła się nerwowość. Jeśli zaś chodzi o Śląsk, to ten szukał szansy na podwyższenie wyniku, a jego ataki cechowały się dużo większą kulturą i pomysłem. ŁKS nie miał żadnej recepty na dużo lepiej dysponowanego rywala, natomiast Vitezslav Lavicka mógł się cieszyć, ponieważ on i jego piłkarze należycie odrobili pracę domową.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Śląsk nadal kontrolował przebieg wydarzeń na murawie, natomiast gospodarze nie potrafili się przebudzić. Kompletnie niewidoczny był był Dani Ramirez, na którego przy ale. Unii szczególnie mocno liczyli. Skoro więc zawodził lider, to trudno było oczekiwać, by ciężar napoczęcia rywala braki na siebie młodsi koledzy Hiszpana.
Podopieczni Moskala próbowali w końcówce rzucić wszytko na szalę, jednak mieli zbyt mało argumentów, by zagrozić dobrze dysponowanemu Śląskowi. Wynik zmianie już ostatecznie nie uległ i po ostatnim gwizdku ze zwycięstwa i kompletu punktów mogli się cieszyć goście.