Kamil Kiereś miał przed pierwszym gwizdkiem nie lada ból głowy. W meczu ze Śląskiem nie mógł on bowiem wystawić kontuzjowanego Mateusza Maka i zawieszonego za czerwoną kartkę Bartosza Ślusarskiego. Bardzo szybko okazało się, że brak tych dwóch zawodników ma swoje przełożenie na grę bełchatowian.
Lepiej w spotkanie weszli goście z Wrocławia, ale im więcej upływało czasu, tym lepiej spisywali się zawodnicy GKS-u. Mogli oni wyjść na prowadzenie w 30. minucie. Ręką we własnym polu karnym zagrał Krzysztof Ostrowski, a sędzia Tomasz Musiał wskazał na „wapno”. Do futbolówki podszedł Błażej Telichowski, ale jego uderzenie zdołał obronić Mariusz Pawełek.
Niewykorzystany rzut karny nie podciął gospodarzom skrzydeł. Tuż przed przerwą otrzymali oni kolejną szansę na spróbowanie swoich sił z jedenastu metrów. Po raz drugi ręką we własnej „szesnastce” zagrał… Ostrowski i arbiter nie miał innego wyboru jak odgwizdać kolejnego karnego. Tym razem pewnym egzekutorem okazał się Michał Mak.
Druga połowa spotkania była pokazem jeszcze lepszej gry. Śląsk rzucił się do odrabiania strat i miał kilka niezłych okazji, ale zdecydowanie groźniejsze ataki przeprowadzali gospodarze. Bardzo blisko podwyższenia rezultatu byli Kamil Poźniak i Mak.
Przewaga Bełchatowa w końcu została sfinalizowana i Mariusz Pawełek musiał skapitulować po raz drugi. W 81. minucie na listę strzelców wpisał się wspomniany Poźniak, który po dograniu Maka popisał się świetnym strzałem z pola karnego. Bramkarz WKS-u nie miał żadnych szans na interwencję.