Osiągnięcia na poziomie piłki juniorskiej to sprawa chwalebna, choć problematyczna. W końcu nie one są celem samym w sobie. Ważniejszy – i dużo trudniejszy – niż sam sukces jest sposób jego skonsumowania.
KONRAD WITKOWSKI
A z tym bywa bardzo różnie. Zdarzają się ozłocone za młodu talenty, które dojrzewają i robią poważne kariery w seniorskim futbolu. Znacznie więcej jest jednak historii pozbawionych happy endu, gdy zawodnik świetnie rokuje, a po latach jedynymi wartymi uwagi zapisami w jego piłkarskim CV okazują się juniorskie triumfy. Padną w tym tekście nazwiska doskonale znane albo przynajmniej częściowo kojarzone, jednak sporo będzie również takich, które do świadomości kibiców nie przeniknęły. Nie mogły, gdyż przepadły gdzieś po drodze do dorosłej piłki.
STRACONE POKOLENIA
Od 2008 roku po mistrzostwo Polski juniorów sięgają młodzieżowe drużyny dużych klubów. Wcześniej nie było to regułą. Pierwszym juniorskim czempionem w XXI wieku została Lubuska Szkoła Piłkarstwa Młodzieżowego z Zielonej Góry. Dziś zespół tak samo anonimowy, jak zawodnicy go tworzący. Z drużyny, która w lipcu 2001 roku okazała się lepsza od Górnika Zabrze, Polonii Warszawa i Górnika Wałbrzych, do poważnego grania nie przebił się nikt. Prawie, bo na poziomie Ekstraklasy w barwach Górnika oraz Widzewa Łódź kilkadziesiąt spotkań zaliczył pomocnik Łukasz Juszkiewicz. Najlepszy snajper mistrzowskiej drużyny, Marcin Szałęga, tuż po wywalczeniu tytułu trafił nawet do Wisły Kraków, gdzie jednak nie potwierdził talentu i szybko wylądował w rezerwach. Pozostali kopali piłkę w klubach z regionu.
– Ci zawodnicy, którzy zdobyli złoty medal, to wciąż tylko materiał na piłkarzy. Muszą się szkolić, szkolić i jeszcze raz szkolić. Zryw (Zielona Góra – przyp. red.) spadł teraz do IV ligi i to póki co jest odpowiedni poziom, żeby rozwijali swoje umiejętności – mówił „Gazecie Wyborczej” trener LSPM, Henryk Mazurkiewicz. Ostrożność szkoleniowca okazała się bardzo uzasadniona.
Karier nie zrobili również mistrzowie z sezonu 2003-04. Za najzdolniejszego z rocznika 1985 w Jagiellonii Białystok uchodził napastnik Marcin Dworzańczyk, który został królem strzelców i najlepszym zawodnikiem turnieju finałowego MP. Kilka miesięcy później 19-latek wyjechał na testy do Skody Xanthi, wówczas drużyny z czołówki ligi greckiej.
– Jadę do znakomitego klubu. O bazie treningowej, jaka się tam znajduje, polskie zespoły mogą tylko pomarzyć. W ich szkółce trenerzy sprawdzają wielu zawodników z całej Europy. Mimo to jestem pewien, że mi się uda. Musi się udać. Jadę tam najpierw na miesiąc. Po tym okresie okaże się, czy zostanę na dłużej i podpiszę kontrakt. Czego mam się bać? W moim wieku Piotrek Matys wyjechał do szkółki PSV Eindhoven. Mój wielki idol Tomasz Frankowski mając także 19 lat, wyruszył do Francji. Ja również chcę spróbować – szumnie zapowiadał Dworzańczyk na łamach „Gazety Współczesnej”.
Na deklaracjach się skończyło. W Grecji nie został na dłużej, w pierwszym zespole Jagi także niczego nie osiągnął. W późniejszych latach pozostało mu bieganie za piłką w niższych ligach i łatka niespełnionego talentu. W złotej drużynie juniorów Jagiellonii był również Adrian Citko, bratanek Marka. Kilkanaście lat później wystąpił nawet w reprezentacji Polski, tyle że w futsalu.
(…)
CAŁY TEKST MOŻNA ZNALEŹĆ W NOWYM (44/2019) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”