„PN” w stylu retro to nowy cykl, w którym będziemy Wam przypominać teksty, które ukazały się na łamach tygodnika kilka, kilkanaście, a może i kilkadziesiąt lat temu. Na początek prezentujemy publikację redaktora Jaromira Kruka, który opisywał sytuację w drugoligowym Rakowie Częstochowa. Artykuł ukazał się w numerze 44 tygodnika „Piłka Nożna” w 1999 roku.
Jeszcze w ubiegłym roku Częstochowa emocjonowała się występami piłkarzy Rakowa w ekstraklasie. Niestety, piąty sezon startów w pierwszej lidze zakończył się spadkiem. Teraz futbol miasta położonego u stóp Jasnej Góry ma się znacznie gorzej, Raków plasuje się w niezbyt zaszczytnych rejonach drugoligowej tabeli, a niektórzy pesymiści przebąkują nawet o upadku założonego w 1921 roku klubu.
W kadrach wielu pierwszoligowych drużyn są piłkarze, którzy nie tak dawno swą grą przysparzali radość sympatykom Rakowa. Ulubieńcami częstochowskich kibiców byli obecni: legioniści – Paweł Skrzypek i Jacek Magiera, widzewiacy – Tomasz Kiełbowicz i Marek Matuszek, a także zawodnicy Ruchu Radzionków – Bartłomiej Wilk, Krystian Kampa i mający 40 lat na karku Andrzej Wróblewski. W trakcie obecnego sezonu Raków opuścił, o cztery lata młodszy od Wróblewskiego – Jan Spychalski, który wybrał ofertę Groclinu Dyskobolii z Grodziska Wielkopolskiego, a o zmianie barw myślą też inni gracze. Grzegorz Skwara i Marcin Bojarski mogą niebawem przenieść się do ekstraklasy, a Słowak Daniel Kosmel rozważa możliwość powrotu do ojczyzny.
– Kiedy w Częstochowie była pierwsza liga, wszystko tu wyglądało inaczej. Były pieniądze, byli kibice. Teraz klub pogrąża się w kryzysie. Do grudnia na pewno pozostanę w Rakowie, ale co będzie potem – po prostu nie wiem. Na razie nie mam za co żyć – mówi rozgoryczony Kosmel.
Sytuacja finansowa Rakowa jest uzależniona od Huty Częstochowa, przeżywającej akurat ogromne problemy. Do końca roku ów główny dobrodziej będzie jeszcze pomagał zasłużonemu klubowi, ale dalsza przyszłość częstochowskiego futbolu jawi się w mglistych kolorach. Coraz bardziej realny staje się „rozwód” klubu z hutą.
– Kiedyś duże zyski przynosił nam zakład remontowy działający przy hucie. Teraz niezwykle trudno o pieniądze, ale nikt nie zamierza załamywać rąk. Myślimy o stworzeniu sportowej spółki akcyjnej, ale do niej mogliby wejść ludzie, którzy chcą coś dla klubu zrobić. Nasze plany mają poparcie władz miasta, lecz na razie nic z tego nie wynika. Rozmawiałem z panią prezydent Częstochowy, która zadeklarowała pomoc klubowi. W końcu Raków ma prawie 80 lat, ogromny dorobek i nie można tego, ot tak, zniweczyć – mówi prezes Janusz Konieczko.
O spółce akcyjnej w Rakowie mówi się już dosyć długo, ale konkretów jak nie ma, tak nie ma. Może gdyby w zeszłym sezonie piłkarze wrócili do ekstraklasy, łatwiej byłoby o potencjalnych inwestorów?
– Być może. Gdyby udało nam się wtedy zdystansować Groclin i awansować do grona najlepszych w Polsce, mielibyśmy wpływy z reklam i transmisji telewizyjnych. W ekstraklasie gra szesnaście drużyn i tylko dwie spadają, a na drugim froncie jest tych zespołów dwadzieścia cztery i aż osiem musi go opuścić. Koszty organizacji spotkań, szczególnie wyjazdowych, są spore. Przed rozpoczęciem rozgrywek byłem za podziałem drugiej ligi na dwie grupy, ale zadecydowano inaczej. Grać jednak trzeba, a naszym celem jest spokojne utrzymanie się. Kadry nie posiadamy zbyt szerokiej, ale w każdej chwili mogą ją uzupełnić juniorzy z czwartoligowej drużyny rezerw – deklaruje Konieczko.
Na początku sezonu na ławce trenerskiej Rakowa zasiadał Zbigniew Dobosz, którego po jednym z nieudanych meczów zastąpił Andrzej Samodurow. Mimo tej roszady, Dobosz nadal firmuje swoim nazwiskiem występy Rakowa, gdyż posiada wymaganą przez PZPN licencję. Samodurow niedawno pomyślnie zdał egzaminy i lada chwila także otrzyma odpowiedni dokument.
– Trenerzy i piłkarze starają się jak mogą, a nie każdy to docenia. Na drugą ligę przychodzi oczywiście znacznie mniej ludzi, niż na ekstraklasę. Musimy naszych sympatyków szanować, bo nie ma sensu grać przy pustych trybunach. Liczę jednak na to, że wrócą czasy, kiedy na stadion przy ulicy Limanowskiego waliły tłumy – rozmarzył się prezes Rakowa.
W jeszcze gorszym położeniu od futbolistów znaleźli się siatkarze. Zarząd klubu rozpatrywał nawet możliwość wykluczenia ich z drugiej ligi, ale sprzeciwili się temu najbardziej zainteresowani. Od jesieni siatkarze Rakowa za grę nie otrzymują ani grosza, a klub pokrywa tylko koszty organizacji meczów.
– Jestem prezesem Rakowa od trzech lat i nie chcę być postrzegany jako ten, który zamierza wszystko likwidować. Staram się raczej ratować. Udało się utrzymać przy życiu sekcję siatkówki, mamy jeszcze szachy i zrobimy co w naszej mocy, by z kryzysu wydźwignąć piłkę nożną. Zdaję sobie sprawę z faktu, że w razie niepowodzeń głównymi winowajcami będą obwołani działacze. Gdybym jednak nie wierzył w nadejście lepszych dni nie zdecydowałbym się na sprawowanie funkcji prezesa – zastrzega się Konieczko.
Miejmy nadzieję, że Raków Częstochowa jednak nie zniknie ze sportowej mapy Polski. Jego upadek oznaczałby śmierć piłki pod Jasną Górą. A byłoby szkoda, chociażby dlatego, że stadionu i pięknie zadbanej płyty przy Limanowskiego może pozazdrościć czerwono-niebieskim niemal każdy drugoligowy rywal.
Jaromir Kruk
TEKST POCHODZI Z TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA” NR 44/1999