Patrik Walemark dla „PN”: Nigdy nie zwątpiłem w moją jakość piłkarską [WYWIAD]
Błyszczał w pucharowych eliminacjach, by wkrótce postawę z Europy przełożyć na boiska Ekstraklasy. Wyborna dyspozycja dała mu miejsce w zespole narodowym. Dla imponującego swobodą w grze pomocnika Lecha Poznań to najlepszy sezon w karierze, a przecież na horyzoncie nie widać nawet połowy zmagań.
Dziesiątka na koszulce to przywilej, specyficzna odpowiedzialność, a może coś jeszcze innego?
Pod pewnym względem to rodzaj odpowiedzialności, ale zarazem to tylko numer – twierdzi Patrik Walemark. – Nie poświęcam temu zagadnieniu zbyt wiele uwagi. Dziesiątka jest przyjemnym numerem, więc skoro była dostępna, zdecydowałem się właśnie na nią. Nie wahałem się przy dokonywaniu wyboru. Dla niektórych osób z zewnątrz dziesiątka na koszulce może kojarzyć się z dodatkową presją, ja natomiast nie postrzegam piłki nożnej w ten sposób.
Kiedykolwiek wcześniej grał pan z numerem dziesięć?
Od początku występów w Allsvenskan miałem na plecach 23. Kiedy dołączyłem do Lecha, ten numer był akurat zajęty. Grał z nim Miha Blazić, który wkrótce opuścił klub, jednak niedługo potem przejął go Gísli Thordarson. Z 23 nie wiąże się żadna wyjątkowa historia: dostałem taki numer, przychodząc do BK Hacken i po prostu zacząłem z nim występować. Może pewnego dnia wrócę do 23, chociaż dziesiątka też jest w porządku.
Będąc w topowej formie, należy pan do ścisłej czołówki piłkarzy w Ekstraklasie?
To wyłącznie kwestia opinii. Każdy postrzega dane tematy w inny sposób, ma swoją ocenę tego, co widzi podczas meczów. Właściwie w ogóle nie myślę o tym, kto jest najlepszym zawodnikiem ligi. Od początku sezonu czuję się świetnie, bardzo cieszą mnie występy w moim zespole. Gramy często i sprawia nam to mnóstwo radości, zwłaszcza że większość spotkań kończymy jako zwycięzcy.
Oglądamy Patrika Walemarka w najlepszej dyspozycji w karierze?
Raczej żyję chwilą, nie rozmyślając o tym zbyt wiele. Czerpię przyjemność z każdego wyjścia na murawę. Bieżący sezon to wciąż dość krótki okres, lecz trzeba przyznać, że mam powody do zadowolenia.
Przypomina pan sobie czas, który można porównać do aktualnego?
Kilka ostatnich miesięcy w Szwecji, tuż przed przejściem do Feyenoordu. Co prawda nie zdobywałem aż tylu bramek, jednak wtedy także przed każdym meczem czułem dużą pewność siebie. Wychodzę z założenia, że fundamentem jest zachowanie ciągłości w kolejnych spotkaniach. Zatem obecna powtarzalność to dla mnie największy krok względem tego, co było wcześniej.
Pewność siebie wyraża się w przekonaniu, że każdy oddany strzał to duże prawdopodobieństwo gola?
To niesamowite, bo w ostatnim czasie faktycznie po większości moich uderzeń piłka ląduje w siatce. Na przykład przeciwko Koronie Kielce strzeliłem prawą nogą, co zdarzyło mi się może drugi raz w karierze. Po meczu było trochę śmiechu, bo sam się nie spodziewałem, że padnie z tego bramka. Liczby są istotną kwestią, zwłaszcza w przypadku ofensywnych zawodników, i każdy chce je mieć. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi interesujących się futbolem statystyki to podstawa, gole oraz asysty wpływają na opinie szerokiego grona kibiców. Jednak według mnie w tej grze chodzi o coś więcej: to nie tylko liczby, piłka nożna ma również inne aspekty.
Foto Pawel Jaskolka / PressFocus
– Doceniam zwykłą codzienność, to pomaga skupić się na obowiązkach – powiedział pan klubowym mediom po dublecie we Wrocławiu. Zawsze miał pan podobne nastawienie czy to stosunkowo nowe podejście?
Przyjąłem taki punkt widzenia całkiem niedawno. W mojej karierze zdarzały się okresy wręcz obsesyjnego podejścia do futbolu. Analizowałem mecze bardzo dokładnie, aż zbyt szczegółowo. Nie sądzę, by komukolwiek to służyło, choć może niektórzy potrafią tak funkcjonować. Z biegiem lat uczysz się, jak najlepiej postępować w różnych sytuacjach. Staram się ciągle znajdować nowe rzeczy, które nie definiują mnie wyłącznie jako zawodnika. Przede wszystkim jestem Patrikiem, dopiero potem piłkarzem.
Postrzega pan obecny sezon jako swego rodzaju rekompensatę za straconą poprzednią jesień?
Z naszym zawodem wiążą się nie tylko przywileje. To również mnóstwo pracy wykonywanej w klubie oraz poza nim: wiele treningów i meczów, ale też wracania do zdrowia po kontuzjach. Nie zawsze po miesiącu leczenia wszystko układa się świetnie, czasami musi to potrwać nieco dłużej. Dobrze jest dziś widzieć efekty włożonego wysiłku.
Zdarza się panu cofać w myślach o 12 miesięcy?
Rzadko oglądam się za siebie. Nie sądzę, aby to było pożyteczne. Staram się być tu i teraz, niekiedy trochę wybiegam myślami w przyszłość.
Pozostając na chwilę w końcówce 2025 roku: potrafił pan sobie wówczas wyobrazić powołanie do reprezentacji Szwecji?
Nigdy nie zwątpiłem w moją jakość piłkarską, chociaż, przyznaję, to dość trudne, kiedy jest się po operacji i ma w perspektywie długą rozłąkę z boiskiem. Jednak jeżeli nie wierzyłbym w siebie, dlaczego ktokolwiek inny miałby to robić? Zawsze marzyłem o kadrze narodowej. Nawet teraz, gdy mam za sobą debiut, powołanie stanowi dla mnie wielką rzecz.
W jakich okolicznościach dowiedział się pan o nominacji od Grahama Pottera?
Byliśmy na lotnisku, wkrótce mieliśmy ruszać do Londynu na spotkanie z Crystal Palace. Część drużyny oglądała konferencję prasową, ja nie chciałem. Parę dni wcześniej odebrałem telefon od jednego z asystentów selekcjonera z informacją, że ewentualnie mam być gotowy, lecz niczego nie wiedziałem na sto procent.
Co pan czuł, kiedy wiadomość o powołaniu stała się oficjalna?
To był bardzo przyjemny, niezapomniany moment. Zwłaszcza po tych kilku dniach oczekiwania. Poczułem wdzięczność wobec ludzi, którzy zawsze przy mnie byli, również wtedy, gdy zmagałem się z kontuzją. Mam wokół siebie mały krąg osób, które nieustannie mnie wspierają.
Mecz przeciwko Polsce w Solnie traktuje pan jako kamień milowy w reprezentacyjnej karierze?
Po raz pierwszy wystąpiłem w podstawowym składzie, na dodatek w ważnym spotkaniu. Przed pierwszym gwizdkiem byłem dość spokojny, natomiast podczas wychodzenia na murawę zadałem sobie pytanie: co właściwie się dzieje? Kiedy zaczęła się rywalizacja, skupiłem się na tym, żeby wykonywać swoje zadania. Odczuwałem wielką frajdę z bycia tam, z możliwości sprawdzenia się na takim poziomie, z gry w otoczeniu topowych zawodników.
Foto SPP/SIPA USA/PressFocus
Potyczka z reprezentacją kraju, w którym aktualnie pan mieszka i zarabia, miała szczególny wymiar?
Miałem świadomość, że mój występ wzbudza zainteresowanie nie tylko w Szwecji i prawdopodobnie jestem uważnie obserwowany również przez Polaków. Było w tym coś wyjątkowego, jednak starałem się nie traktować tego spotkania w niecodzienny sposób. Dla mnie każdy mecz to tylko i aż sport. Istnieje fragment mojego życia poza futbolem; myślę, że zawodnicy generalnie postrzegają tę inną część jako ważniejszą. Piłka to nasze zajęcie od dzieciństwa, lecz w pierwszej kolejności jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy prowadzą codzienne życie.
Gra z dziewiątką klasy Viktora Gyokeresa to dla skrzydłowego ułatwienie czy większe wyzwanie?
Występując u boku takich piłkarzy, zaczynasz postrzegać futbol w odmienny sposób. Viktor jest napastnikiem potrafiącym zrobić użytek z dosłownie każdego podania – wystarczy, że zagrasz długą piłkę nieco bliżej boku boiska, a on znajdzie odpowiednie rozwiązanie. Nigdy wcześniej nie spotkałem takiego zawodnika. Wysoka jakość piłkarska dotyczy całej drużyny, dopasowywanie się do tego poziomu to bardzo wartościowe doświadczenie.
A zarazem trudne zadanie?
Istotną rolę odgrywa chemia w zespole. Kiedy występuję w barwach Lecha, znam sposób myślenia każdego zawodnika, wiem, co najprawdopodobniej zrobi za moment. Pod tym względem gra w klubie jest dla mnie łatwiejsza. Zbudowanie podobnych relacji w nowej drużynie trochę trwa. To przychodzi z czasem.
Rola skrzydłowego w szwedzkiej kadrze znacznie różni się od tego, czego wymaga trener Niels Frederiksen?
W Lechu stosujemy dużo rotacji: zwykle mam za plecami Joela Pereirę, z którym często wymieniamy się pozycjami, jeden schodzi do środka, drugi szuka miejsca na zewnątrz. Niekiedy gram wręcz jak dziesiątka. Z kolei reprezentacja preferuje nieco bardziej bezpośrednią piłkę, szukając jak najszybszych sposobów, by przedostać się pod bramkę. Wtedy zadania skrzydłowego rozumiane są raczej w tradycyjny sposób. Oba warianty bardzo mi odpowiadają, w jednym i w drugim czuję się komfortowo.
Przed sezonem nie miał pan na koncie żadnego trafienia w europejskich pucharach, tymczasem tegoroczne kwalifikacje przyniosły ich aż sześć. W czym tkwi sekret skuteczności?
Zanim pojawiłem się w Poznaniu, nie rozegrałem wielu spotkań w Europie. Może skuteczność to kwestia dobrego wypoczynku w czasie wakacji? Spędziłem tydzień na Florydzie, gdzie mieszka jeden z moich przyjaciół. Odpoczywałem, cieszyłem się życiem, śledziłem mundial. Wybraliśmy się nawet do Houston na mecz Szwecji z Holandią. Biorąc pod uwagę końcowe rozstrzygnięcie, nie było to najlepsze spotkanie do oglądania.
Czy po paru miesiącach łatwiej jest wyjaśnić wynik rewanżowego starcia z Aarhus?
Mimo że na wyjeździe zwyciężyliśmy 4:1, nie miałem wątpliwości, iż mierzymy się z silną drużyną. Rywale wykreowali sporo sytuacji, my mieliśmy ich kilka, lecz wykazaliśmy się świetną skutecznością. Nie bez znaczenia była czerwona kartka. Natomiast w rewanżu to my zmarnowaliśmy dogodne okazje w pierwszej połowie, tymczasem Aarhus wykorzystało swoje momenty. Byliśmy ogromnie rozczarowani, tyle że nie mogliśmy stanąć w miejscu i rozpamiętywać. Musieliśmy ruszyć dalej, przed nami wciąż był cały sezon.
Skoro rozmawiamy o duńskich klubach: jak traktował pan doniesienia łączące pana z FC Kopenhaga?
To normalne, że jeśli prezentujesz się korzystnie, wzbudzasz zainteresowanie. Takie kwestie zostają z tyłu głowy, trudno zupełnie je pomijać, jednak nie myślałem o tym, kiedy wybiegałem na boisko. Byłem wtedy i jestem teraz w stu procentach skoncentrowany na Lechu. Niezmiennie bardzo się cieszę, że znajduję się w tym miejscu.
Jak bardzo odczuwalne z perspektywy murawy były różnice między Kolejorzem a Crystal Palace czy Bayerem Leverkusen?
Nie byliśmy wystarczająco doświadczeni, aby skutecznie rywalizować z tej klasy zespołami. W początkowych występach w fazie ligowej zostaliśmy ukarani za własne błędy. Przy takich rywalach pomyłki kosztują znacznie więcej niż w Ekstraklasie. Musimy znaleźć sposób, żeby zaadaptować się do gry z przeciwnikami z wyższej półki, potrzebujemy czegoś ekstra. Spotkania z Palace i Leverkusen stanowiły wartościową lekcję – wyciągnięcie z nich odpowiednich konkluzji, przy jednoczesnym wejściu na nasz optymalny poziom, powinno przynieść poprawę rezultatów w Lidze Europy.
Misiura przed meczem z byłym klubem. „Sposób rozstania pozostawiał wiele do życzenia”
W piątek Motor podejmie Wisłę w Ekstraklasie. Dla trenera Mariusza Misiury będzie to szczególne spotkanie, ponieważ przed przyjściem do Lublina pracował właśnie w płockim klubie.
Wiadomo, co z przyszłością 28-letniego pomocnika. Wisła Kraków podpisała nowy kontrakt z Marko Boziciem, do 30 czerwca 2029 roku, z opcją przedłużenia o kolejne 12 miesięcy.
Kto będzie nowym trenerem Śląska? Jest jeden faworyt
Śląsk Wrocław niedawno zakończył współpracę z trenerem Ante Simundzą. W mediach pojawiło się nazwisko szkoleniowca, który ma być celem władz wrocławskiej ekipy.