Na rozpoczęcie sobotnich zmagań w PKO Ekstraklasie Wisła Płock pokonała na wyjeździe Koronę Kielce (1:0). Była to już piąta kolejna wygrana Nafciarzy na ligowych boiskach.
Wisła Płock odniosła piąte kolejne zwycięstwo (fot. Włodzimierz Sierakowski / 400mm.pl)
Kielczanie są jednym z największych rozczarowań tego sezonu w ekstraklasie i przed sobotnim meczem znajdowali się w strefie spadkowej. Gra Korony nie rzuca na kolana i chociaż występowała tu w roli gospodarza, to dużo więcej szans na zdobycie trzech punktów dawano przyjezdnym.
Nafciarze pod wodzą Radosława Sobolewskiego spisują się bardzo dobrze, czego pokłosiem były cztery kolejne wygrane i awans do ścisłej czołówki tabeli. Gdyby Wisła zwyciężyła Koronę, to – przynajmniej na jakiś czas – mogłaby przesunąć się nawet na drugie miejsce.
Gospodarze od początku chcieli narzucić rywalom swoje warunki gry, ale nie było to takie łatwe. Wisła ustawiona wysoko, nękała przeciwnika pressingiem i w 19. minucie to właśnie ona miała najlepszą okazję na otworzenie wyniku. Główkował Michalski, ale pomylił się nieznacznie.
Piłkarze Wisły byli lepsi i w końcu dopięli swego. Kilka chwil po zmarnowanej okazji Michalskiego, w pozycji strzeleckiej znalazł się Ricardinho, który już się nie pomylił i dał swojej drużyny prowadzenie.
Im dalej w mecz, tym coraz lepiej poczynała sobie drużyna Sobolewskiego, a coraz słabiej prezentowała się Korona. Nie można jednak było mówić o przypadku, ponieważ wystarczył rzut oka na tabelę, by zobaczyć jak duża różnica dzieli obecnie obu rywali. Pod koniec pierwszej połowi Ricardinho mógł podwyższyć na 2:0, jednak po świetnym podaniu Dominika Furmana przegrał on pojedynek sam na sam z bramkarzem.
Jeśli ktoś liczył na to, że po zmianie stron Korona ruszy do nieco bardziej zdecydowanych ataków, ten musiał poczuć zawodów. Na boisku działo się niewiele, ale cały czas to Nafciarze trzymali rękę na pulsie. Gospodarzom coraz częściej puszczały nerwy, czego pokłosiem była m.in. żółta kartka dla Mirosława Dreszera, trenera bramkarzy Korony.
Goście zdołali obronić skromne prowadzenie do samego końca i to oni mogli się po ostatnim gwizdku cieszyć z dopisania na swoje konto trzech punktów.