Walka o tytuł mistrzowski w ekstraklasie nabrała niezwykle gorącej temperatury. Legia Warszawa była przed tą kolejką głównym rozgrywającym w tym wyścigu, ale po zwycięstwie Piasta Gliwice i własnym remisie z Pogonią Szczecin (1:1), piłeczka przeszła na stronę podopiecznych Waldemara Fornalika.
Teraz piłkarze Legii muszą już liczyć na potknięcie rywali (fot. Cezary Musiał)
Po tym jak swój mecz w niezwykle dramatycznych okolicznościach wygrał Piast Gliwice, piłkarze Legii Warszawa nie mieli wyboru i o ile nie chcieli wypuścić z własnych rąk kwestii tytułu mistrzowskiego, musieli wygrać swoje niedzielne spotkanie. Wydawać by się mogło, że nie będzie to zbyt trudna misja, ponieważ na Łazienkowską przybyli zawodnicy Pogoni Szczecin, którzy nie walczą już w tym sezonie o żadne ważne cele i wydają się być zadowoleni samą obecnością w czołowej „ósemce”.
Spotkanie z Pogonią wyrastało na bardzo ważne i szczególne dla Aleksandara Vukovicia. Trener Legii otrzymał bowiem przed kilkoma dniami nominację na stałego szkoleniowca drużyny i bez względu na wynik obecnego sezonu, będzie ją prowadzić również w kolejnej kampanii.
Wydawało się, że to Legia ruszy od początku do zdecydowanych ataków, jednak już w trzeciej minucie to Pogoń wyszła na prowadzenie. Znakomicie z rzutu wolnego przymierzył Zvonimir Kozulj, a w bramce gospodarzy nie popisał się Radosław Cierzniak, który powinien zrobić dużo więcej.
„Wojskowi” nie mogli się otrząsnąć po przyjęciu szybkiego ciosu i to Pogoń robiła w pierwszym kwadransie dużo lepsze wrażenie na boisku. Gospodarze byli ewidentnie spięci, co pętało im nogi i nie pozwalało na rozwinięcie skrzydeł. Czas płynął, a obraz gry się nie zmieniał. Legia nie miała kompletnie nic do powiedzenia, ba… nie potrafiła oddać nawet strzału i nic dziwnego, że Vuković jeszcze przed przerwą zdecydował się na zmianę. Kompletnie bezproduktywnego Iuriego Madeirosa po zaledwie pół godzinie zastąpił Dominik Nagy.
Wściekły Portugalczyk udał się bezpośrednio do szatni, nie podając ręki żadnemu z kolegów, ani trenerowi. Padło na niego, ale gdyby spojrzeć na grę Legii kompleksowo, to do zmiany nadawał się właściwie każdy.
W drugiej połowie na boisko wszedł Jarosław Niezgoda, który od razu rozruszał ofensywne poczynania gospodarzy. W ciągu zaledwie kilku minut Legia stworzyła sobie dwie dobre okazje, ale żadnej z nich jeszcze nie wykorzystała. Był to jednak jasny sygnał, że „Wojskowi” nie zamierzają składać broni i chcą powalczyć w tym meczu o pełną pulę.
Jak głosi stare przysłowie – do trzech razy sztuka i dokładnie tak było w przypadku Legii. W 55. minucie Niezgoda obsłużył dokładnym podaniem Nagy’a, a ten bez większych problemów pokonał Jakuba Bursztyna. Gospodarze wrócili do gry dzięki świetnej akcji rezerwowych.
Legia zaczęła się ewidentnie rozkręcać i w 62. minucie zdobyła drugiego gola. Marko Vesović w momencie podania od Niezgody był jednak na pozycji spalonej i dlatego trafienie Czarnogórca nie mogło zostać uznane.
Gospodarze walczyli o zwycięskiego gola, ale poza aktywnym Niezgodą nie mieli zbyt wielu argumentów, by pokonać Pogoń. Ta grała mądrze, była dobrze ustawiona i przede wszystkim spokojniejsza w swoich poczynaniach. Legia prezentowała się z kolei chaotycznie, co pokazuje, że dobra motywacja to nie wszystko i są takie momenty, kiedy drużyna potrzebuje jakiejś reakcja z ławki.
Kolejnych bramek już ostatecznie przy Łazienkowskiej nie zobaczyliśmy i mecz zakończył się remisem. Legia straciła pozycję lidera i jeśli chce obronić tytuł, to musi liczyć na to, że Piast potknie się w dwóch ostatnich kolejkach.