Gdy 19 sierpnia 2017 roku zadebiutował w Ekstraklasie w meczu Piasta Gliwice z Koroną Kielce, nie dało się w nim zauważyć niczego zwiastującego, że zrobi u nas karierę. Jednak od drugiego meczu zaczął czynić postępy i w zasadzie czyni je cały czas. Jego fenomen polega właśnie na tym, że każdy kolejny mecz jest w jego wykonaniu trochę lepszy od poprzedniego, że nie robi kroków w tył. I tak, niepostrzeżenie, Joel Valencia wybił się na gwiazdę naszej ligi i stał się liderem Piasta Gliwice, który zbliża się do miejsca na podium.
ROZMAWIAŁ LESZEK ORŁOWSKI
– Słyszałem i czytałem, że miał pan trudne dzieciństwo. – Trudne to chyba nie jest właściwe słowo – mówi Valencia (na zdjęciu). – Raczej należałoby powiedzieć, że nietypowe. Mama urodziła mnie, gdy miała 14 lat, ojca nigdy nie poznałem i nie chcę już poznać. Wychowywali mnie dziadkowie. Żyliśmy sobie spokojnie, biedy nie było. Byłem radosnym chłopcem całe dnie biegającym za piłką. Ale jednak warunki bytowe pozostawiały sporo do życzenia. Dziadek wyemigrował więc do Hiszpanii, a gdy tam stanął na nogi, ściągnął babcię i mnie do Saragossy. Miałem wtedy siedem lat. Tam też najbardziej interesowałem się piłką, zacząłem treningi w największym klubie z miasta, przechodziłem z zespołu do zespołu…
– Aż tu nagle, 28 sierpnia 2011 roku, zadebiutował pan w Primera Division, i to w meczu z samym Realem Madryt. Było to tylko siedem minut, spotkanie skończyło się porażką 0:6, a pan więcej się nie pokazał w ekstraklasie Hiszpanii. Jakieś wspomnienia związane z tamtym meczem? – Zagrałem przeciwko najlepszym na świecie, spędziłem kilka minut na boisku obok takich graczy jak Cristiano Ronaldo, Marcelo, Sergio Ramos. Wspaniałe przeżycie, piękne doświadczenie, ale nic poza tym, żadnych konsekwencji. Debiut był zdecydowanie przedwczesny, bynajmniej mi nie pomógł. Nie byłem po prostu pod żadnym względem gotowy, by podejmować wówczas rywalizację z najlepszymi na świecie, miałem raptem szesnaście lat i dziewięć miesięcy. Nie dojrzałem jeszcze ani fizycznie, ani mentalnie do takich wyzwań.
– Niemniej nazywano pana wówczas Perłą z Saragossy. Hiszpanii nie udało się jednak podbić. Życie nie toczy się wedle czyichś marzeń, nie wszystko się udaje. W futbolu w szczególności.
– Ale dlaczego akurat panu się tych marzeń nie udało zrealizować? – Przyczyna jest jedna: nie dano mi szansy pokazania, na co mnie stać, jaka jest moja wartość. Ciężko pracowałem, trenowałem z pierwszym zespołem, ale na mecze wciąż wybierani byli inni. Czasami nie dlatego, że byli lepsi ode mnie, ale że starsi. To naprawdę kwestia szczęścia: albo je masz, czyli trafiasz na trenera, który coś w tobie dostrzeże i nie zawaha się zaryzykować i na ciebie postawić, chociaż nie masz doświadczenia, albo nie trafisz i musisz obejść się smakiem. Nawet w Primera Division pełno jest zawodników o przeciętnej technice czy talencie, ale za to takich, którzy mieli w życiu szczęście.
(…)
CAŁY WYWIAD MOŻNA ZNALEŹĆ W NOWYM (10/2019) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”
Kto będzie nowym trenerem Śląska? Jest jeden faworyt
Śląsk Wrocław niedawno zakończył współpracę z trenerem Ante Simundzą. W mediach pojawiło się nazwisko szkoleniowca, który ma być celem władz wrocławskiej ekipy.
Boniek uderza w Stolarskiego. ,,Wydaje mi się, że to był duży błąd”
Były prezes PZPN krytycznie odnosi się do zatrudnienia i pracy Mateusza Stolarskiego w Widzewie. Zbigniew Boniek uderzył również we władze łódzkiego klubu.
Lasse Nordas: W wieku 18 lat zostałem juniorskim mistrzem Norwegii w skoku wzwyż [WYWIAD]
Występami w Tromso zapracował na transfer do Luton, które zapłaciło za niego ponad 3,5 miliona euro. Anglii nie podbił, więc rundę wiosenną poprzedniego sezonu spędził na wypożyczeniu w Heerenveen, a we wrześniu na tej samej zasadzie sięgnęła po niego Cracovia.