– Dobre drużyny muszą pokazać charakter, zaangażowanie i odpowiedzialność do ostatnich minut. Tego brakowało, dlatego mamy zero punktów – powiedział po spotkaniu z Rakowem Częstochowa Vitezslav Lavicka.
Czy we Wrocławiu powinni już bić na alarm? (fot. Krystyna Paczkowska / 400mm.pl)
Prowadzony przez Słowaka Śląsk Wrocław złapał ostatnio lekką zadyszkę. Zespół nie wygrał w ekstraklasie od 24 sierpnia, a chociaż przegrał od tego czasu tylko dwa mecze, to coraz głośniej mówi się o kryzysie. Przełamać złej passy nie udało się w poniedziałek podczas starcia z beniaminkiem z Częstochowy.
– Gratulacje dla gospodarzy za zwycięstwo. W końcówce Raków mocno walczył, zawodnicy z ławki dali nową energię. My mieliśmy problemy z rotacją w obronie związane z kontuzją Puerto. To nie pierwszy raz, gdy tracimy bramkę w końcówce meczu. Podobnie było chociażby w Kielcach – dodał Lavicka.
– Wiedzieliśmy, że Raków gra takim ustawieniem, przygotowywaliśmy się na ich styl gry. Chcieliśmy odpowiedzieć na ich ustawienie i silnych stoperów większą liczbą szybkich, zwinnych graczy z przodu, m.in. stąd decyzja o Markoviciu w pierwszym składzie. Stworzyliśmy jednak za mało sytuacji, a w końcówce to gospodarze wykazali się większym pragnieniem zwycięstwa – stwierdził.
Seria kolejnych meczów bez zwycięstwa sprawiła, że Śląsk osunął się w ligowej tabeli na dziewiąte miejsce. Jego strata do ścisłej czołówki nie jest duża, a okazja do przełamania się nadarzy się już w najbliższą niedzielę, kiedy to zespół Lavicki podejmie przed własną publicznością Arkę Gdynia.