Na inaugurację zmagań w ramach 13. kolejki PKO BP Ekstraklasy ze zwycięstwa mogli się cieszyć gospodarze. Cracovia wygrała przed własną publicznością z Pogonią Szczecin (2:0) i awansowała na pozycję wicelidera tabeli.
Czy Cracovii uda się zatrzymać lidera? (fot. Jakub Gruca / 400mm.pl)
Starcie Pasów z Portowcami było zapowiadane jako jeden z hitów tego weekendu w ekstraklasie, ale nie mogło być inaczej. Mowa przecież o dwóch czołowych zespołach naszej ligi. Cracovia złapała co prawda ostatnio lekką zadyszkę, wygrywając tylko jedno z czterech spotkań, jednak to wciąż groźny zespół, który szczególnie na swoim boisku, jest w stanie napsuć krwi każdemu rywalowi.
Jeśli zaś chodzi o drużynę Kosty Runjaicia, to ta nie przestaje zaskakiwać. Pogoni wciąż zdarzają się słabsze spotkania, jednak na tle ligowych rywali wypada więcej niż przyzwoicie i dlatego to właśnie on zajmuje fotel lidera. Ewentualna wygrana w Grodzie Kraka nie tylko pozwoliłaby Portowcom na utrzymanie pierwszego miejsca, ale byłaby kolejnym potwierdzeniem tego, że Szczecin może się w tym sezonie spodziewać historycznego wyniku.
Początek meczu był niezwykle energetyczny. Widać było jak na dłoni, że po obu stronach barykady stawiają na ofensywę i już w pierwszych minutach Cracovii i Pogoni udało się stworzyć po jednej dogodnej okazji strzeleckiej. Gospodarza zostali złapani na pozycji spalonej, natomiast w ekipie gości przestrzelił Adam Buksa.
Zdecydowanie najlepszą okazję w pierwszym kwadransie spotkania miał kapitan Portowców, Sebastian Kowalczyk, który doszedł o pozycji strzeleckiej przed polem karnym Cracovii i zdecydował się na uderzenie. Zabrakło siły i bramkarz Pasów bez żadnych problemów złapał piłkę.
Im dalej w mecz, tym coraz mniej oglądaliśmy dobrej piłki, a coraz więcej ostrej gry. Efekt? Jeszcze przed przerwą sędzia musiał ostudzić gorące głowy trzema żółtymi kartkami.
Tuż przed końcem pierwszej połowy bliski szczęścia był Srdan Spiridonović, który po świetnym prostopadłym podaniu wpadł z piłką w pole karne i mimo ostrego kąta, zdecydował się na strzał. Zabrakło niewiele, a Cracovią uratował w tej sytuacji tylko słupek.
Kibice przy ul. Kałuży nie mogli być usatysfakcjonowani. Spotkanie nie stało na najwyższym poziomie, a chociaż nieco lepsze wrażenia robiła Pogoń, to także po jej stronie brakowało konkretów. Można było jedynie zakładać, że mecz się nieco otworzy, kiedy piłka wpadnie w końcu do siatki, jednak początek drugiej połowy na to nie wskazywał.
Przełom nastąpił w 58. minucie. To właśnie wtedy w pole karne Pogoni Rafael Lopes, a do odbitej piłki dopadł Cornel Rapa, który uderzył głową i dał swojej drużynie prowadzenie.
Krakowianie złapali wiatr w żagle i udało się im pójść za ciosem. W 71. minucie było już bowiem 2:0, a w roli głównej wystąpił Lopes, który do wcześniejsze asysty, tym razem dorzucił gola. Hiszpan znalazł się w dogodnej pozycji strzeleckiej po świetnym rozegraniu akcji z Januszem Golem i Filipem Piszczkiem, a mając przed sobą jedynie bramkarza, po prostu nie mógł się pomylić.
Jakby problemów Portowców było mało, to kilka chwil po stracie drugiego gola swoją drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę otrzymał Jakub Bartkowski. Sytuacja gości stała się dramatyczna i można było w tym momencie zakładać, że po tak potężnych ciosach już nie się im podnieść.
Kolejnych goli w Krakowie już nie zobaczyliśmy i po ostatnim gwizdku z trzech punktów mogli się cieszyć gospodarze, którzy tym samym uświetnili jubileusz Michała Probierza, który po raz czterechsetny poprowadził swój zespół w roli trenera w najwyższej klasie rozgrywkowej.