Przejdź do treści
Obcym wstęp wzbroniony

Ligi w Europie Serie A

Obcym wstęp wzbroniony

Metka made in Italy na trwałe przylgnęła do bramki Juventusu. Gianluigi Buffon uczynił z niej własną, niepodrabialną markę. Czy Wojciech Szczęsny będzie pierwszym zagranicznym bramkarzem, który wejdzie i przejdzie do chlubnej historii bianconerich?
 
TOMASZ LIPIŃSKI

Gdzie indziej nie zapisywali tylko marginesów lub byli skrywani w zakamarkach kibicowskiej pamięci. Aktorzy z obcymi nazwiskami lub przydomkami na bramkarskich bluzach odgrywali pierwszoplanowe role w niezapomnianych do dziś sztukach. Jak Dida w Milanie czy Julio Cesar w Interze. Ewentualnie byli (są) powszechnie obecni, jak Brazylijczycy w Romie albo w pełni akceptowalni jak Fernando Muslera w Lazio, Samir Handanović w Interze czy Jose Reina w Napoli. W Juventusie nie. 

Dziewięć na głowę

Drugiej zitalianizowanej do tego stopnia i na takim poziomie bramki we Włoszech nie znajdziecie. Od Dino Zoffa, przez Stefano Tacconiego i Angelo Peruzziego, aż do supermańskiego G1. Dopiero między tym trzecim i czwartym prześlizgnęli się cudzoziemcy, zostawiając ślad nietrwały lub prawie niegodny zapamiętania. Było ich pięciu. Wespół w zespół złożyli się na 162 występy, co przez 19 sezonów podzieliło się bez reszty i dało opłakany wynik dziewięciu meczów na głowę. Tylko jeden nie nabawił się odcisków od grzania ławy, dla trzech z pięciu lekarstwem na nie były podane na tacy medale i tytuły. 


To w 1999 roku Peruzzi podążył za Marcello Lippim do Interu Mediolan i zostawił turyńską bramkę pustą. Luciano Moggi i spółka postanowili przełamać schemat i wprowadzić do niej pierwszego cudzoziemca. Padło na Edwina van der Sara, otrzaskanego w poważnym futbolu przez Ajax. Miał 29 lat, doświadczenie, klasę, sukcesy, i Edgara Davidsa w charakterze bratniej duszy ułatwiającej aklimatyzację. Nie miał jednego – szczęścia. Z nim trochę było tak jak z Carlo Ancelottim w Juventusie. Niby dobry, a nawet bardzo – co wcześniej i później obaj pokazali w innych klubach i ligach – ale w decydujących momentach czegoś brakowało. W pierwszym sezonie Van der Sar, którego swoją drogą Wojciech Szczęsny pod wieloma względami bardzo przypomina, skurczył się z rozmiarów XXL do S, kiedy na wyższe obroty wskoczyło Lazio i tuż przed metą połknęło Juve. Kto pamięta sezon 1999-2000, ten wie, jak wiele potknięć na prostej drodze zaliczyła Stara Dama, która na sam koniec wyrżnęła nosem w wielką kałużę w Perugii. Dlatego nawet przy złej woli, nie dało się z Holendra zrobić kozła ofiarnego. Przy drugim podejściu musiało pójść lepiej. Było tak sobie, aż do meczu z Romą, która to tym razem celowała w tytuł. I trafiła, bo zremisowała w Turynie 2:2. Długo przegrywała 0:2, ale w drugiej połowie tamtego meczu Van der Sar dał się zaskoczyć strzałem z dystansu Hidetoshiemu Nakacie, a następnie znów po uderzeniu Japończyka odbił piłkę wprost pod nogi Vincenzo Montelli. Później nie tyle mógł, co musiał odejść. Z Pucharem Intertoto w plecaku. Nastała era Buffona, który zastał w klubie pewnego Urugwajczyka. 

Polacy kontra Neto

Fabian Carini uchodził za duży talent i tuż po 20 urodzinach zameldował się w Turynie. Miał uczyć się europejskiego futbolu i cierpliwie czekać na szansę. Z oddaleniem Van der Sara być może wiązał jakieś nadzieje, ale rozwiał je najwyższy transfer bramkarza w historii futbolu. Przy Buffonie starczyło dla niego miejsca na osiem pucharowych epizodów, po czym ruszył w wędrówkę po świecie. 


Minęło sześć lat i w klubie zameldował się trzeci cudzoziemiec. Alex Manninger miał zaliczonych pięć włoskich przystanków na drodze do Juventusu. Znał miejsce w szyku i godził się na pełną dyspozycyjność w momentach niedyspozycji Buffona, a tych akurat pojawiło się całkiem sporo. Wtedy Austriak stawał na wysokości zadania: zimnokrwisty i solidny dawał potrzebny spokój w tamtych burzliwych czasach, kiedy Stara Dama częściej miała pod górkę niż z górki. 

Natomiast jak już Antonio Conte zaczął prostować poplątane ścieżki, to Manninger spadł na trzecie miejsce w bramkarskiej hierarchii i na pierwszym z sześciu tytułów nie postawił nawet malutkiej pieczątki. Nic to jednak z dokonaniami Rubinho. Brazylijczyk, podobnie jak Manninger, zanim przyjął propozycję Juventusu, całkiem nieźle już znał Serie A, ale chyba nigdzie mu się tak nie spodobało jak w stolicy Piemontu. Spędził tam cztery lata, głównie w roli turysty, który za nic jednak nie musiał płacić. To jemu płacono, żeby od czasu do czasu założył odpowiedni strój, rękawice i stawiał się na każdym treningu. Nie musiał się przemęczać, co zresztą wyraźnie pokazywała jego sylwetka. Ale nie ma co kpić z Rubinho, bo to jedyny bramkarz, który w czterech sezonach nie puścił żadnego gola. Zagrał niecałe dwa razy, umieścił swój przydomek przy ośmiu trofeach. Grunt to znaleźć się we właściwym czasie w dobrym towarzystwie i schować głęboko do kieszeni własne ambicje. 

Jeszcze przed Rubinho pożegnał się jak najbardziej włoski Marco Storari, który dłużej dzielnie znosił rolę rezerwowego. Wydaje się, że to on z wszystkich dublerów pierwszego i drugiego stopnia bronił i dawał najwięcej. Wcześniej raz a dobrze spisał się też Christian Abbiati, którego Milan szlachetnie wypożyczył Juventusowi w sezonie 2005-06 po poważnej kontuzji G1 w Pucharze Berlusconiego. Inni, jak Antonio Chimenti, Antonio Mirante czy Emanuele Belardi, bardziej pozostawili wspomnienia dla siebie niż dla potomności. 

Ostatnio padło na Norberto Neto, któremu dwa lata temu obiecywano to, co teraz Szczęsnemu: pomarzniesz w cieniu Buffona, ale później dla ciebie wzejdzie słońce. Tyle jego, co ogrzał się w dwóch edycjach Pucharu Włoch, kiedy bronił zawsze, bo wielkiej przyszłości Juventusu z nim w bramce nikt nie widzi. Parę lat temu miejsce w szeregu pokazał mu Artur Boruc w Fiorentinie, teraz będzie musiał zejść z drogi innemu Polakowi. 

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ RÓWNIEŻ W NAJNOWSZYM WYDANIU TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA” (25/2017)

Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 50/2024

Nr 50/2024