|
Podopieczni Waldemara Walkusza występują w roli beniaminka drugoligowych rozgrywek w grupie zachodniej, mają po dwudziestu rozegranych spotkaniach zaledwie sześć punktów straty do prowadzącego w tabeli GKS Tychy. Z jakim skutkiem wiosną Drutex Bytovia zaatakuje z piątego miejsca wyprzedzających go konkurentów z Chojnic, Głogowa i Legnicy, przekonamy się niebawem. Bytowanie od pewnego czasu konsekwentnie udowadniają, że przynajmniej pod względem medialnym idą na całość.
Po raz pierwszy o zespole Bytovii kibice w Polsce usłyszeli wiele pozytywnych opinii w sezonie 2009-10, gdy jako trzecioligowcy dotarli do 1/8 finału Pucharu Polski. Niestety, trafili najgorzej jak mogli, bo na Wisłę Kraków, prowadzoną wówczas przez Macieja Skorżę, i zgodnie z przewidywaniami trzecioligowcy odpadli z dalszej rywalizacji. Niemniej ich starcie z Białą Gwiazdą obejrzało na żywo pięć tysięcy widzów. W 2011 roku o zawodnikach z Bytowa ponownie zrobiło się głośno w mediach, gdy sponsor wynajął drużynie autokar, którym sezon wcześniej podróżowali piłkarze wielkiej Barcy.
Aktualnie zespół sponsorowany przez firmę specjalizującą się w stolarce okienno-drzwiowej szuka formy na zgrupowaniu w Turcji. Jak na klub z trzeciego szeregu, po ekstraklasie i pierwszej lidze, to ewenement na skalę krajową, ale potwierdza jedynie, że trener Walkusz i jego chłopcy nie muszą obawiać się, jak przeżyć do pierwszego. Problem w tym, że każdy kij - jak mówią mądrzy ludzie - ma dwa końce.
O tym, że w blasku sławy można się nie tylko ogrzać, ale również odmrozić uszy, przekonali się ostatnio trener bramkarzy Bytovii i 28-letni pomocnik. Obaj, będąc na pokładzie samolotu lecącego z Berlina do Turcji, stracili kontrolę nad sobą. Podobno, już będąc w stanie nietrzeźwym, weszli na pokład maszyny, a w trakcie lotu zaczepiali zarówno pasażerów, jak i stewardessy. Nie pomagały prośby i upomnienia, w pewnym momencie kapitan samolotu zagroził nawet międzylądowaniem. Na szczęście obyło się bez kompromitacji i dobrze, bo w przeciwnym razie o Bytovii głośno zrobiłoby się nie tylko w krajowych mediach.
Winni zostali już ukarani, bo obu pechowców wyrzucono na bruk, to znaczy stracili intratne etaty klubowe. Jednak nie bez powodu nazwałem ich pechowcami i zrozumie to błyskawicznie każdy, kto nie przepada za unoszeniem się w powietrzu. Ktoś, kto dostaje febry po wejściu na pokład samolotu, w momencie jego startu lub lądowania. A piłkarzy wręcz bojących się latać jest więcej, niż można sobie wyobrazić. Sławnych i bogatych stać na wynajęcie innych środków lokomocji, w ostateczności przed lotem ratują się środkami farmakologicznymi, mniej pewni siebie rezygnują z lotów albo dodają sobie animuszu alkoholem.
Dziesięć lat temu miałem okazję lecieć samolotem z zespołem beniaminka ekstraklasy, który udawał się na zgrupowanie do Tunezji. Jako pierwszy, już w trakcie kołowania na pas startowy, spanikował trener odnowy biologicznej, który zwinął się w swoim fotelu w kłębek i nakrywając głowę kocem, modlił się na głos. Po chwili, gdy silniki samolotu uzyskały największe obroty, strach w oczach widać było u trenera bramkarzy i kierownika drużyny. Kilku piłkarzy zaciskało nerwowo powieki, wciskając głowy między kolana, mimo że start odbył się bez żadnych problemów.
Gdy samolot wzbił się już w powietrze, atmosfera na pokładzie nieco się rozluźniła, jednak nerwy kojono wniesionym przez najbardziej strachliwych alkoholem. Przyśpiewki stadionowe śpiewane bełkotliwymi głosami wstawionych mocno trenerów denerwowały współpasażerów, ale obyło się bez zaczepek i słownych utarczek, głównie za sprawą reagujących zdecydowanie tunezyjskich stewardess. Kłopoty pojawiły się dopiero po wylądowaniu w Tunisie, gdy okazało się, że trener bramkarzy... zgubił w samolocie swój paszport z wbitą w nim wizą zezwalającą na dwutygodniowy pobyt.
Zagubionego dokumentu szukali wszyscy obecni na pokładzie, ale bez powodzenia, zniknął jak kamfora. W trakcie lotu pechowiec przez okno raczej nie mógł go wyrzucić, co najwyżej spuścił paszport z wodą w klozetowej muszli. Był w stanie upojenia, więc nic nie pamiętał i tajemnica paszportu do dziś pozostała nierozwiązana. Pracy wówczas nie stracił, nie został też karnie odesłany do kraju. Celnikom na lotnisku tłumaczył swoje nieszczęście na migi, zdążył wcześniej ze strachu wytrzeźwieć. Później, gdy piłkarze trenowali przed południem, on spędzał czas w ambasadzie RP, wyrabiając duplikat dokumentu. Przygoda zakończyła się szczęśliwie, poza tym, że po rundzie wiosennej zespół beniaminka nie zdołał utrzymać się w ekstraklasie.
Piotr WOJCIECHOWSKI
|
Komentarz dotyczy artykułu, do którego jest dodany.
Wstawiamy nie więcej niż jeden komentarz na 2 min.
W komentarzach nie wolno stosować treści reklamowych.